fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Dr John wychodzi z cienia

Słynny bluesman z Nowego Orleanu nagrał zwariowany album „Locked Down” z pomocą młodego gitarzysty Dana Auerbacha z The Black Keys

Największym paradoksem kariery bluesowego muzyka z Nowego Orleanu jest to, że wielu słyszało o pianiście Doktorze Ząbku z „The Muppet Show", a tymczasem mało kto o muzyku, na którym był wzorowany. Tym muzykiem jest Dr John!

Zachrypnięty, demoniczny głos idealnie pasujący do podejrzanych spelunek dawał mu prawo do kariery tak udanej jak Toma Waitsa. Tak się jednak nie stało, chociaż Waits wzorował się na Captain Beefheart, ten zaś na Dr Johnie. Można powiedzieć, że sława zatoczyła koło. Szkoda tylko, że nie było to koło fortuny.

Zadowalając się niszową popularnością, muzyk z Luizjany zasłynął barwną oprawą koncertów zaczerpniętą z Mardi Gras, czyli karnawałowych szaleństw związanych z ulicznymi pochodami. Pomieszał je z prezentacjami szamanów i znachorów proponujących cudowne eliksiry. Stąd wziął się pseudonim artystyczny. Prezentował też elementy rytuałów voo doo, co współgrało z psychodeliczną muzyką. Fanami Dr Johna byli m.in. Eric Clapton i Mick Jagger, którzy na początku lat 70. wzięli udział w nagraniu albumu „The Sun, Moon And Herbs". Dziś z producencką pomocą pospieszył Dan Auerbach z duetu The Black Keys.

„Locked Down" jest manifestem muzycznej rebelii i anarchicznej witalności, która nie znosi niczyjej kontroli. To płyta stająca w obronie jednostki, padającej ofiarą państwa i jego urzędników. Dr John ma na nich sposób: trzeba chodzić własnymi ścieżkami, żyć zgodnie z własnym sumieniem. Śpiewa o tym w rytm rozwibrowanego kontrabasu i elektrycznego pianina w stylu muzyki z lat 60. „Revolution" to pieśń człowieka przegranego. W momencie życiowego kryzysu może liczyć tylko na siebie.

„Big Shot" rozpoczyna się karnawałową muzyką w stylu retro, by toczyć się dalej w rytmie ballad, na jakich uczył się komponowania Tom Waits.

Bluesman znakomicie czuje się również w jazzujących motywach, jak „Getaway". Pod koniec płyty wpada w uduchowiony ton i przy dźwiękach elektrycznego pianina wygłasza manifest skierowany do najmłodszego pokolenia. Apeluje, żeby nigdy nie iść na skróty i dbać o życie duchowe, bo to procentuje pod koniec życia.

Wybawieniem dla bluesmana okazał się Bóg. W finałowym „God's Sure Good" śpiewa, że Najwyższy był dla niego lepszy niż on sam dla siebie. Pięknie brzmią towarzyszące temu wyznaniu dźwięki gitary Auerbacha i refren śpiewany przez chór. Zdecydowanie, pewnie. Bo przecież pieniądze, których Dr Johnowi brakowało – szczęścia nie dają. Miejmy nadzieję, że dorobi się ich na najnowszej płycie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA