fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

„Inflorescent”. Jakby jutra miało nie być

mat.pras.
Nowa płyta brytyjskiego tria Friendly Fires to antidotum na przygnębienie związane z kończącym się powoli latem. W Polsce nie są jeszcze zbyt popularni, ale na Wyspach wyrobili sobie już całkiem niezłą renomę, zwłaszcza jako fantastyczny zespół koncertowy, który gdziekolwiek się pojawi, tam porywa tłumy.

Doprawdy trudno nie dać się oczarować ich energetycznej, tanecznej muzyce elektronicznej. Otwartość, obsesja na punkcie vintage’owych syntezatorów, perfekcjonizm lidera grupy Eda Macfarlene’a mogą imponować. Aż trudno uwierzyć, że panowie zaczynali od grania dość chaotycznego indie rocka, szczególnie gdy ktoś pierwszy raz włączy „Inflorescent”, czyli ich trzeci album w dyskografii, na którym próżno szukać dźwięku gitary. Na poprzedniej płycie zdarzało im się jeszcze czasem sięgać po ten instrument i puszczać wodze fantazji. Tutaj już wszystko jest zaplanowane w każdym szczególe, każdy takt podporządkowany całościowej, na wskroś syntetycznej wizji.

„Inflorescent” to prawdziwy soniczny monolit, na który składają się świetnie wykorzystane inspiracje latami 80., rave’ową kulturą, housem, nowoczesnym disco i klawiszowym funkiem. Jeśli miałbym zestawić Friendly Fires z jakimś innym zespołem, to byłoby to Wham!. Oczywiście, omawiane tu trio z St Albans brzmi bardziej futurystycznie, zdecydowanie mniej u nich soulu, ale myślę, że w gruncie rzeczy przyświecają im podobne cele – musi być radośnie, beztrosko i tanecznie. Jakby jutra miało nie być, a życie toczyło się jedynie na parkiecie. Tak więc posłuchajcie „Inflorescent” i zapomnijcie o codziennych troskach. ©?


Friendly Fires „Inflorescent”, dystr. Universal Music Polska

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA