fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Dziki jest ten świat

Fotorzepa/ Jakub Ostałowski
Z Czesławem Niemenem rozmawiał Jacek Cieślak.

Pierwszy od 10 lat studyjny album "Spodchmurykapelusza" otwiera piosenka "Spokojnym krokiem", która mówi o tym, że przez długie lata udawało się panu żyć z dala od muzycznego zgiełku. Trudno było wrócić? 

- W czasie, gdy - jak to nazywam - tkwiłem na manowcach estradowych, kilkakrotnie przymierzałem się do rezygnacji. Z wiekiem odczuwam coraz większą niechęć do popisywania się, a ten zawód - wiadomo - to mniej lub bardziej "nawiedzone" kabotyństwo. To mnie cały czas dręczyło. Po festiwalu sopockim w 1979 roku rozwiązałem zespół i powiedziałem "koniec". Często przypominają mi się słowa piosenki Jonasza Kofty "Cztery strony świata" z płyty "Aerolit", w której konkluduje: "lepiej być nikim". To prawda. Na ostatniej płycie śpiewam: "lepiej trwać w milczeniu".

Takie są tęsknoty sławnego artysty?

- Nie wiem, czy sławnego, to jest moja, samotnicza, indywidualna tęsknota. Kiedy wybierałem samotność tworzenia i grania w latach 80., zarzucano mi, że nie angażuję muzyków. Ze stoickim spokojem odpowiadałem, iż nie interesują mnie obce dźwięki. Pielęgnuję indywidualizm. Szyderczy przydomek Zosi Samosi będę już chyba nosić do końca.

Czy od początku graniu i śpiewaniu towarzyszyło kłopotliwe dla pana poczucie popisywania się?

- Kiedy byłem młody, czułem dreszcz emocji, towarzyszący pragnieniu wyjścia na estradę. To był motor napędowy. Teraz widzę w każdej dziedzinie lepszych artystów. Nie dyskredytując siebie, pocieszam się w wierszu: "Sobie a muzom lub do szuflady unicestwienia, pisują nie tylko grafomani". Nieraz zastanawiałem się, czy jestem grafomanem. W jakimś sensie pewnie tak. Każdy, kto próbuje pisać, jest skażony tą manią. Obcując z poezją filozoficzną, taką, którą lubiłem - rozumiałem Norwida, Herberta, Leśmiana, Słowackiego - nauczyłem się myślowych skrótów. A czymże jest poezja, jak nie syntezą myśli. Uczestnicząc w tym roku w Festiwalu Norwidowskim, cytowałem również własne słowa. 

W pańskich wierszach wyczuwa się silną fascynację Norwidem.

- Ubzdurałem sobie, a może bardziej wziąłem do serca, że jestem jednym z wielu jego "późnych wnuków", o których pisał. Zaczęło się nietypowo. Pomimo że urodziłem się w przedwojennej Polsce, na Kresach, nigdy nie kończyłem żadnej polskiej szkoły. W 1945 roku znalazłem się za "podiwanioną" granicą. Oczywiście miałem dostęp do rosyjskiej poezji. Moim ulubionym poetą nie był Puszkin, lecz Lermontow. To były moje nastoletnie fascynacje. Dopiero później, kiedy zetknąłem się z nowocześniejszą, postromantyczną poezją Norwida, przyszło zainteresowanie filozoficzną sferą poezji.

Jaką wartość ocaloną z dzieciństwa na Kresach uważa pan za najważniejszą?

- Pejzaże. Urodziłem się 60 kilometrów od Grodna, na uboczu, niedaleko Lidy w osadzie Stare Wasiliszki, założonej podobno przez księcia Wasiłło, który jako jeden z pierwszych na Litwie przyjął chrześcijaństwo. Prawie do końca XIX wieku stał we wsi drewniany kościółek. Dopiero potem, za pozwoleniem cara Mikołaja II wybudowano piękny, neogotycki kościół, który przetrwał do dziś. Wojny nie pamiętam, poza jednym obrazem, jak siedzimy z siostrą w okopach, kiedy uciekali Niemcy. Mimo różnych zawirowań - a na Kresach działy się dantejskie sceny - dzieciństwo wspominam z wielkim sentymentem. Potrafiłem zaszyć się w lasy grzybne, buszować po łąkach, łowić ryby. To był raj na ziemi. Po wojnie rozpoczął się koszmar. 

Jak odnalazł się pan w Polsce Ludowej?

- To był moment, kiedy Gomułka domagał się powrotu Polaków, którzy znaleźli się po wojnie za granicą. Kontynuacja repatriacji - tak to się wtedy nazywało. Mój ojciec wierzył wciąż w dziejową sprawiedliwość. Ale ja skończyłem 19 lat, groziło mi powołanie do sowieckiej armii. Gdybym nie wyjechał, pewnie gdzieś bym przepadł w nieciekawych miejscach przepastnej Rosji. Przyjechaliśmy do Białogardu, na pomorskie ziemie odzyskane. Ojciec niedługo potem zmarł - nie przesadza się starych drzew - a ja poszedłem do szkoły muzycznej w Gdańsku.

Kiedy odkrył pan swój głos?

- Zanim jeszcze pojawił się rock and roll - w 1959 roku. Próbowałem śpiewać z gitarą. Miałem głos naturalnie postawiony - dolce bel canto. Później świat odkrył Presleya, którego nie chciałem naśladować. Zafascynowali mnie bardziej Ray Charles i Litlle Richard. Śpiewałem z Niebiesko-Czarnymi, którzy grali twisty. Po kilku latach udało mi się wykonać pierwsze krzykliwe piosenki. To była na przykład "Czy wiesz? " w 1965 r. Powoli nabierałem wprawy i naturalną dyspozycję do bel canta pokonałem. Zacząłem nadużywać gardłowego głosu. Niektórzy profesorowie muzyki mówili, że zedrę go po roku. Kiedy badałem struny, okazało się, że mam tak zwane gruzełki. To one właśnie dodają specjalnej, "firmowej" barwy. 

Wiadomo, że ma pan wielkie wymagania wobec siebie i innych wokalistów.

- Wymagania jak wymagania, nikt nie jest doskonały, ale kiedy słyszę kogoś, kto nie umie śpiewać, to mnie irytuje.

Kogo obecnie pan ceni w polskiej muzyce pop?

- Wokalistów bardzo różniących się od siebie, ale mających podstawowy warsztat, poczucie rytmu, precyzyjną intonację, frazowanie. To Bałata, Szcześniak, Sojka, Skolias, Markowski. 

A panie?

- Jest ich bardzo wiele - z Kayah na czele.

I o niej, i o Edycie Górniak mówiło się ostatnio, że mają szansę na międzynarodowe kontrakty. Pan miał okazję zasmakować zagranicznej kariery. Jak pan podchodzi do tej sprawy? 

- Miałem niewielką satysfakcję, jeśli nie liczyć koncertów u boku znakomitych zespołów Blood Sweat And Tears, Spencer Davies Group czy też innych. Zagranicznej karierze na pewno towarzyszy dreszczyk emocji. Ale trzeba ją bardzo młodo rozpocząć, być za granicą, tak jak Basia Trzetrzelewska, która wyjechała z kraju i znalazła odpowiednich ludzi. Niby miałem szansę, kiedy nagrywałem dla CBC International. W Anglii ukazała się moja czwarta i ostatnia zagraniczna płyta "Mourner's Rhapsody". Próbowano mnie wylansować, ale nie czułem ze strony moich opiekunów determinacji. Zacząłem się powoli wycofywać. Ostatecznie w 1975 r. schroniłem się w Teatrze Narodowym u Adama Hanuszkiewicza, by w końcu zniechęcić się do świata aktorskiego i filmowego. W tym środowisku dopiero zobaczyłem wyścigi o pierwszeństwo! Naturalnie wciąż cenię i podziwiam wielu aktorów i reżyserów.

A jak wyglądały pańskie kontakty z poetami, których wiersze pan śpiewał? Na przykład z Iwaszkiewiczem?

- Wspólnie z Pawłem Brodowskim wystosowaliśmy list do poety, kiedy powstawała muzyka do wiersza "Piosenka dla zmarłej", ponieważ Paweł tłumaczył to na język angielski. Bez większego entuzjazmu zgodził się. W Polsce zaczynała się dekada propagandy sukcesu, a ja śpiewałem, że "wszystko jest bez sensu". Ale że to był wiersz Iwaszkiewicza, decydenci nie oponowali. Kiedy zamierzałem nagrać Herberta, Polskie Nagrania - ówczesny monopolista fonograficzny - nie chciały się zgodzić. Przemyciłem jedynie niezwykły jego wiersz "Kamyk". Herbert nie bardzo to trawił, nie lubił takich krzykaczy, rockandrollowców - jak ja. Dopiero po jego śmierci dowiedziałem się od żony poety, że cenił mnie za "Bema pamięci żałobny rapsod" Norwida. Osobiście się nie spotkaliśmy. Próbowałem, ale nie chciałem być namolny. Napisałem dwa wiersze dedykowane poecie: "Słowo i granit" oraz "Do Zbigniewa Herberta (w kwestii muzyki pop) ".

Jak pan dziś ocenia PRL?

- Dziwię się, że udało mi się dobrnąć do jej kresu. Teoretycznie kresu, bo wciąż mamy mentalną PRL. A przetrwałem dzięki fanom.

Czuł się pan prześladowany?

- Przez wiele lat nie mogłem zameldować się w Warszawie, chociaż kupiłem sobie tutaj mieszkanie. Ciągle wzywano mnie w tej sprawie na kolegium.

Czym pan podpadł?

- Wydziały KC PZPR miały wyraźne dyrektywy, wiedział o tym każdy minister kultury. To chyba Kraśko powiedział, że "nie będziemy lansować Niemenków". No i nie lansowali. 

Ale występował pan przecież w 1979 r. w Sopocie. Wygrał pan konkurs.

- Po wydarzeniach w Radomiu władze stały się rzekomo bardziej liberalne. Nagrałem odbieraną jako pełną aluzji płytę "Idee Fixe". Ukazała się w małym nakładzie. Dwukrotnie mój występ zdjęto z telewizyjnej anteny. Powiedziałem o tym w jednym z wywiadów. Mariusz Walter, ówczesny szef telewizyjnej Dwójki, tłumaczył, że to nie ma nic wspólnego z polityką. Odpowiedziałem, iż jestem dorosłym człowiekiem i wiem, o co chodzi. Wtedy Jerzy Gruza zaproponował mi występ w Sopocie. Odparłem: "Co, znowu będę gwiazdować? Ponieważ tyle razy zdejmowano mnie, zgodzę się na występ, jeśli umieścicie mnie w konkursie". Zażartowałem. Minęły dwa tygodnie, zadzwonił Gruza i zaproponował udział w konkursie. Złapałem się za głowę. Miałem jednak kilka piosenek, fajny motyw z "Rodziny Leśniewskich". Pasował do wiersza Iwaszkiewicza "Nim przyjdzie wiosna". Wygrałem. Ale zaraz znaleźli się tacy, którzy powiedzieli, że zwyciężyłem dzięki partii, do której się zapisałem. Tego było za wiele. Nawet w ruskiej szkole nie byłem ani pionierem, ani komsomolcem. Nie grając wariata, mówiłem wprost, co myślę. Kiedy pod koniec lat 60. miałem propozycję przyjęcia czerwonej legitymacji, zacytowałem fraszkę Norwida: "Jeżeli szukasz nieprzyjaciół swoich nieprzyjaciół, to jakbyś szukał ostrza, żebyś w ranę zaciął i nie jesteś z miłości ogólnego ducha, lecz z ducha partii, który, co pochlebne słucha"... Facet się zamknął. Nie. Nie byłem w żadnej partii.

A czas stanu wojennego?

- Przyniósł kolejną insynuację, po tym, jak do programu świątecznego, który nagrałem przed 13 grudnia, wmontowano bez mojej zgody fragment wypowiedzi do "Dziennika TV". Część opozycji, zwłaszcza za granicą, próbowała mnie bojkotować, zanim zrozumiała, że to była misterna intryga, ćwierćinteligentna manipulacja pułkowników kontrolujących TVP.

Zaczynał pan od rhythm and bluesa. Dlaczego zmienił pan organy Hammonda na instrumenty elektroniczne i zaczął sam nagrywać?

- Doczepiano mi różne łatki. A to, że nie umiem grać i dlatego korzystam z pomocy innych muzyków - a przecież byłem pierwszym w Polsce, który nagrał samodzielne płyty, nie korzystając z niczyich usług: "Russische Lieder" i "Katharsis". Byłem pierwszym, który zastosował w Polsce syntezatory. W kraju był tylko jeden taki instrument - w studiu eksperymentalnym Polskiego Radia. Później uciułałem pieniądze i kupiłem własny. Elektronika dawała nieznane dotąd możliwości. Pozwalała nagrywać samodzielnie. Na szczęście nie zwariowałem do końca na jej punkcie. Na najnowszej płycie gram również na organach Hammonda. Trafiło tam także kilka motywów zagranych na moim pierwszym syntezatorze. Teraz takie fragmenty nazywa się loopami - pętlami. Używałem ich jeszcze w latach 70. Gdy teraz słucham zespołów techno, mam satysfakcję. Opowiem więc anegdotę. Ostatnio zgłosił się do mnie zespół The Chemical Brothers...

To jedna z czołowych grup techno na świecie.

- Nawet nie wiedziałem. Poprosili mnie o udzielenie licencji na wykorzystanie fragmentu improwizacji z kompozycji "Pielgrzym". Na płycie była podpisana Czesław Niemen - Cyprian Norwid. Przesłali list do nas obu. 

Jak dziś ocenia pan różne etapy swojej działalności? Słuchając radia można pomyśleć, że pana dorobek ogranicza się do piosenek "Dziwny jest ten świat" i "Pod papugami". 

- Słysząc je, nie czuję dreszczu emocji. Irytuje mnie tylko, że jestem ograniczany do kilku piosenek. Praktycznie czterech, z czego dwie nie są mojego autorstwa, ja je tylko wykonuję. A przecież napisałem parę udanych kompozycji. Nikt o tym nie pamięta. Ale na początek nawet "Dziwny jest ten świat" był pomijany przez media. W socjalistycznej propagandzie świat mógł być tylko wspaniały. Ku mojemu ubolewaniu piosenka ta wciąż jest aktualna, nic się nie zmieniło - świat dziczeje. Od trzydziestu lat próbuję napisać piosenkę "Piękny jest ten świat". Wciąż nie wychodzi.

Ale najnowszy album kończy hymn miłości, coś jakby właśnie "Piękny jest ten świat", ten najbliższy, rodzinny.

- Znalazłem się w takim momencie życia, kiedy sumując wszystkie doświadczenia mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy. Wydawanie muzyki jest mi praktycznie do tego niepotrzebne. Nawet nowej płyty nie uważam za wypowiedź do końca muzyczną. To ciąg dalszy tomiku poetyckiego. A że lubię wiersze ilustrować dźwiękami, ubieram je też w formy obrazów. Malowałem od dzieciństwa. Chciałem studiować malarstwo. Nie muzykę. Dopiero kiedy rozpoczęło się artwideo i zobaczyłem grafiki w ruchu, pomyślałem: po co mam się babrać w farbach? Tak zacząłem tworzyć duże pliki, formaty na ponad sto megabajtów. Może mi się uda stworzyć graficzną DVD z dookolnym dźwiękiem. Ten świat mnie fascynuje. Choć jest to bardzo pracochłonne zajęcie, nie wyobrażam sobie, żebym zlecał wykonanie swoich pomysłów fachowcom od animacji lub technik komputerowych. Mam nadzieję, że moje amatorstwo będzie nadal mi służyć w powziętych zamiarach artystycznych, jakby to górnolotnie nie brzmiało.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA