fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Trolle kosztują. Unia podwaja budżet walkę z dezinformacją

Adobe Stock
W roku wyborczym, ze strachu przed akcjami dezinformacyjnymi, Komisja Europejska podwyższa budżet zespołu zwalczającego dezinformację z 1,9 na 5 mln euro.

Potęgę fałszywych informacji widzimy choćby dziś, gdy z powodu telefonów o podłożeniu bomb, już drugi dzień w wielu szkołach odwoływane są matury. O ile w większości takich przypadków za informacje odpowiedzialni są uczniowie, którym nie spieszy się do egzaminu dojrzałości, to już sam problem dezinformacji w Unii Europejskiej przybiera coraz poważniejszy wymiar.

Algorytmy Amazona promują teorie spiskowe

Dezinformacja to nie tylko walki o głosy na polityka, to także – wspieranie ruchów antyszczepionkowych, zabawne z pozoru walki płaskoziemców, czy brak zaufania do nauki. Wspólnym efektem tych działań jest wywołanie chaosu i osłabienie zaufania także do demokracji. A w tym roku odbędzie się kilka kluczowych dla Europy wyborów, jak te do Parlamentu Europejskiego, ale także jesienne wybory w Polsce.

Ze znaczenia „fake newsów" zdają sobie sprawę także urzędnicy Komisji Europejskiej. Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita", KE oczekuje, że budżet agencji Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (EEAS) na zwalczanie dezinformacji i podniesienia świadomości na temat jej negatywnego wpływu wzrośnie ponad dwukrotnie, z 1,9 mln euro w 2018 r. do 5 mln euro w 2019 r. Dziś w zespole Strategic Communication Task Force East pracuje 16 osób, grupa ta jest częścią działu komunikacji strategicznej, który zatrudnia obecnie nieco ponad 50 osób.

- Wzrost budżetu i liczby pracowników jest związany z coraz bardziej istotną kwestią dezinformacji przed wyborami europejskimi – potwierdza nam Johannes Bahrke, rzecznik ds. gospodarki cyfrowej i społeczeństwa w Komisji Europejskiej.

W tym roku Unia Europejska zainwestuje więc w ograniczanie dezinformacji ok. 20 mln zł. W tym samym czasie – uznane przez UE za istotnych nadawców fake newsów redakcje takie jak Russia Today - działają w 110 krajach, Sputnik News – również popularny nadawca informacji nie zawsze zgodnych z prawdą – w kolejnych 30 krajach. Nie mamy sprawdzonych informacji na temat ich budżetu, ale o jego skali świadczy zasięg działalności - w RT pracuje przeszło 700 osób, stacja ma docierać do nawet 150 mln odbiorców.

Jednak w ocenie ekspertów – te 5 mln euro to kropla w morzu potrzeb. – Trzeba się cieszyć, że ten budżet mocno wzrósł, ale faktycznie nadal jest bardzo mały jak na potrzeby badawcze – ocenia prof. Dariusz Jemielniak z katedry zarządzania w Społeczeństwie Sieciowym na Akadamii Leona Koźmińskiego. Jego zdaniem, taki budżet to kwota porównywalna z jednym grantem badawczym European Research Council, a wykrywanie i zwalczanie botów jest działalnością typowo badawczą, wysokiego ryzyka. – Praca tego zespołu jest potrzebna i użyteczna, ale to nie jest zespół, który jest w stanie zaadresować skalę potrzeb, które są związane z sianiem dezinformacji. Chodzi przy tym o informacje o charakterze politycznym, ale też medycznym.

Podsycanie ruchów antyszczepionkowych to dziś jedno z narzędzi cyberwojny. Te działania są sponsorowane przez ruchy antydemokratyczne, są dość dobre badania pokazujące, że Rosjanie sponsorują ruchy antyszczepionkowe, głównie dlatego, że to zwiększa niepokój społeczny – tłumaczy prof. Jemielniak. Wskazuje na epidemię odry, która w najlepsze rozwija się właśnie w Unii Europejskiej, USA czy na Ukrainie. To przykład, gdy małe działania w Internecie i przekonanie kilku osób ma wpływ na całą społeczność, bo zbiorowa odporność działa tylko, gdy zaszczepionych zostało 95 proc. mieszkańców. Wystarczy zmienić więc odrobinę nastroje społeczne, by zdanie zmienił 1-2 proc. osób– i mogą się rozwijać epidemie.

Płaskoziemcy a demokracja

- Mamy ruch płaskoziemców, pozornie zabawny, ale podsycanie tego rodzaju wątpliwości może być korzystny dla państw, które chcą osłabiać demokrację w Europie, bo osłabiają zaufanie do nauki – mówi Jemielniak, który podaje przykład kampanii przeciwko płaskoziemcom, także szerzącej nieprawdziwe informacje. – Niedawno widziałem kampanię na Facebooku, w której wyśmiewano płaskoziemców. Na dowód opublikowano zdjęcie z Mount Everestu, pozornie pokazującego krzywiznę ziemi. Ale faktycznie zdjęcie zostało zrobione obiektywem typu „oko ryby", który zakrzywia płaszczyzny. Z Mount Everestu nie widać krzywizny Ziemi, jest za niski. Powodowanie niewiary w system naukowy, absurdalne diety, to wszystko oznacza destabilizowanie system instytucjonalnego i zagraża demokracji – mówi ekspert.

Trudna jest odpowiedź na pytanie – kto jest odpowiedzialny za akcje dezinformacyjne. Tu jest więcej poszlak, a i stron zainteresowanych jest wiele, niekoniecznie tylko Rosja. – Pytanie, komu zależy nie na drobnej zmianie wyników wyborów, a na destabilizacji całego systemu i tu ryzyko jest bardzo poważne. Gdy mamy ruchy, które kwestionują demokrację, czy powodują poważne problemy społeczne, jak ruchy antyszczepionkowe, to mamy sytuację wręcz wrogą – mówi Jemielniak.

Ryzyko w mediach społecznościowych

Warto na koniec dodać, że nie każdy złośliwy czy nieprawdziwy wpis jest autorstwa opłacanego trolla. Często mogą to być osoby prywatne, jednak z obserwacji analityków wynika, że szerzeniem dezinformacji w internecie zajmują się chętnie internetowe trolle i np. agencje marketingu szeptanego. Tutaj sprawa jest mniej czarno-biała, agencje teoretycznie otrzymują wynagrodzenie za szerzenie ustalonego przekazu o marce bądź produkcie. Przekaz ten, utrzymują agencje oficjalnie, jest prawdziwy, i pakiet pozytywnych informacji może kosztować ok. 200-300 zł za 100 wpisów na forach i mediach społecznościowych. O kampaniach negatywnych firmy oficjalnie nie informują, takie działania są zabronione. – To mogą być umowy negocjowane indywidualnie biorąc pod uwagę także ryzyko, jakie za tym idzie – mówi nieoficjalnie jeden z analityków mediów społecznościowych i dodaje, że firmy mają różne cenniki, za 300 wpisów można też zapłacić nawet ponad tysiąc zł. Wszystko zależy od ich jakości. O tym, że takie oferty też są realizowane, świadczą choćby szeroko komentowane wpisów w mediach społecznościowych podczas niedawnego strajku nauczycieli – o zapłakanej kuzynce czy roześmianych nauczycielkach w Starbucksie. Identyczne wpisy opublikowano z wielu kont, a nauczyciele siedzieli raz w kawiarni w Warszawie, raz we Wrocławiu.

Skala problemu wykracza poza złośliwe wpisy, kampanie internetowe, te oficjalne i nieoficjalne, budują wizerunek polityków w sieci, a całość może istotnie wpłynąć na wynik wyborów do parlamentu czy wyborów prezydenckich. Przed dwoma laty, gdy Tygodnik Podhalański opublikował na Twitterze zdjęcie prezydenta Andrzeja Dudy z restauracji w Zakopanem, zainterweniował jeden z jego urzędników. Według redakcji, prezydent jadł w Wielki Piątek – kiełbaskę, według jego urzędnika – faszerowanego pomidora. - Myśmy wybory wygrali, dzięki pilnowaniu Internetu – powiedział wtedy Tygodnikowi Marcin Kędryna, dzisiejszy dyrektora biura prasowego prezydenta.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA