fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

„Palkiewicz.com”, czyli życie bez granic

fot. Wojciech Łaski
13 października w łódzkim Teatrze Nowy miał miejsce spektakl związany z ukazaniem się nowej książki Jacka Pałkiewicza

Przyznaję. Takiej oprawy premiery książki nigdy wcześniej nie miałem. Być może stało się tak dlatego, że zapowiedziałem, że barwny film mojego życia dobiega definitywnie do punktu docelowego i trzeba zostawić miejsce dla młodszego pokolenia. Krzysztof Dudek, dyrektor Teatru Nowy, który zorganizował inscenizację połączoną z czytaniem fragmentów książki i wystąpieniem kapeli Bogusława Chraboty, dobrodusznie potraktował moje słowa jako daleko przesadne. Dzięki mu za życzliwość.

Stąpam twardo po ziemi i nic nie zmieni tej gorzkiej prawdy, że moja metryka jest nadszarpnięta zębem czasu i wskazówki zegara przyśpieszyły obroty, że zrywam coraz szybciej kolejnej kartki z kalendarza i każdy rok jest krótszy od poprzedniego. I ta świadomość´ zmusza do głębszej refleksji nad przemijaniem, do bilansu oraz rachunku sumienia.

Nikt nie chciałby przegrać swojego życia. A jednak tak wielu uświadamia sobie to dopiero wtedy, kiedy jego dni są policzone, tyle że wówczas jest już za późno, żeby spełnić marzenia i zrealizować plany. Ja mam tę satysfakcję, że nie zmarnowałem wspaniałego daru, jakim jest życie. Powiodło mi się. Byłem wolny, miałem „europejski” paszport i mogłem realizować moje credo: „Życie daje każdemu tyle, ile sam ma odwagę sobie wziąć, a ja nie zamierzam zrezygnować z niczego, co mi się należy”. Nie przyjmowałem do wiadomości, że coś jest niemożliwe, zatem wszystko co robiłem, było zwykle wyzwaniem dla projektów, wydawałoby się, nieosiągalnych i zawsze wymagało wysiłku i poświęcenia. Podejmowałem karkołomne wyzwania, poznawałem nieprzyjazne krainy oraz żyjących tam osobliwych tubylców. Często odnosiłem sukcesy tam, gdzie inni musieli się poddać. Podkreślam, że jestem osobą spełnioną, nad wyraz uprzywilejowaną, która wygrała los na loterii. Zawsze robiłem to, co sprawiało mi przyjemność. A jednak mimo arcybogatego życia, czuję żal, że to już „koniec wędrówki”, bo tyle jeszcze rzeczy chciało by się zrobić.

Bywają chwile, kiedy ogarnia mnie zgryzota. Wprawdzie wszyscy czegoś się boimy: chorób, utraty pracy albo bankructwa firmy, to jednak strach przed śmiercią ma wymiar szczególny, bo dotyczy tego, co nieuchronne. To strach przed aktem ostatecznym, „wyprawą w tajemne”, o której nic nie wiemy. Tam, po drugiej stronie, w zetknięciu z absolutem nie mogę liczyć na fart.

W melancholijną zadumę i przygnębienie wprawia mnie też powszechna afirmacja młodości, urody i tężyzny fizycznej. Sędziwy wiek zaczyna być´ postrzegany jako ułomność´ czy wręcz osobista klęska. W świecie zdominowanym przez kult ciała zniedołężniały człowiek z cieknącą strużką śliny częściej wywołuje zdegustowanie niż współczucie. Nie dopuszczam do siebie myśli, że kiedyś byłbym zmuszony pokazać się publicznie w takim stanie. Po prostu godność osobista i poczucie własnej wartości nie pozwoliłyby mi strawić okazywanego niesmaku czy litości ze strony innych.

Dodatkowo skomplikował mi życie Covid-19, jak zdefiniowano nieznany wirus. Ten niewidzialny wróg, wobec którego świat pozostaje bezradny, wybrał moją grupę wiekową jako pierwszą do posłania w krainę cieni. Każde opuszczenie domu i wyjście na ulicę dla ludzi w moim wieku to rzucenie wyzwania przypadkowi i przeznaczeniu, które naraża nas na igranie ze śmiercią. To jak gra w rosyjską ruletkę, gdy po załadowaniu jednego pocisku do rewolweru i zakręceniu obrotowym bębenkiem przykłada się lufę rewolweru do własnej skroni i po naciśnięciu spustu ze zgrozą czeka, czy iglica głośno szczęknie o pustą komorę. Skrajnych emocji doświadczyłem już w życiu tyle, że kolejnych wolałbym uniknąć.

Niektórzy mnie nie lubią, być może z powodu niezachwianej pewności siebie, czy szorstkiego charakteru. Na pewno nie jestem facetem, który mówi «przepraszam», gdy ktoś w tramwaju nadepnie mi na nogę. Nigdy nie godzę się na kompromisy, jeśli zagrażają realizacji nakreślonych celów. Nie boję się poruszać na krawędzi oddzielającej obszar zachowań ryzykownych od niezagrożonych. Bywało, że igrałem z ogniem, świadomie podejmowałem ryzyko, ale nie po to, by poczuć w żyłach pulsującą adrenalinę. Na wyprawach z dala od utartych dróg ciekawość jest silniejsza od lęku. Kto boi się ryzyka, nie zazna nigdy smaku przygody. Oczywiste, że w bilansie dokonań zdarzały się też porażki, błędy, grzechy, do których trudno było mi się nieraz przyznać. Nie wszystko mi wychodziło. Zapewniam.

Stawianie czoła wyzwaniom to rodzaj gry. Jeśli zrezygnuję, nigdy nie wygram. A jeśli gram, muszę też zakładać, że czasem przegram, kierując się dewizą Benjamina Franklina że „nawet największe niepowodzenie, najgorszy, nieodwracalny błąd jest sto razy lepszy niż niepodjęcie próby”.

Do porażek podchodziłem z pokorą. Z każdej starałem się wyciągać wnioski. Każda była dla mnie lekcją. Jak się potknąłem, przyrzekałem sobie, że to się nie może powtórzyć. Nad sukcesem człowiek przechodzi do porządku dziennego, zaś błędy i nieraz bolesne porażki zawsze go wzbogacają. Te ostatnie mnie ukształtowały i niejednokrotnie stanowiły trampolinę dla nowych zwycięstw. Nie potrzebowałem mądrych akademickich publikacji na temat kształtowania charakteru. Po prostu, żeby osiągnąć cel zawsze, pomimo trudności, brnąłem do przodu. I nigdy się nie poddawałem. A momentów najeżonych komplikacjami, kiedy wydawało mi się, że nie mam już siły, było naprawdę wiele. Zwykle wspomagał mnie optymizm i przede wszystkim hart ducha, który nie pozwalał mi na rezygnację mimo znikomych szans na powodzenie. Zawsze wierzyłem, że wytrwałość, determinacja i wiara w sukces muszą być wynagrodzone.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA