Kraj

Krzyżak: Cierpliwość elektoratu nie jest wieczna

Fotorzepa, Robert Gardziński
Aborcja uwiera PiS

Temat aborcji jest obecny w polskiej debacie publicznej od 1989 roku. Co jakiś czas wraca, budząc skrajne emocje. Od 1993 roku obowiązuje ustawa, która (w obecnym kształcie) zezwala na przerwanie ciąży w trzech przypadkach. Potocznie określa się ją mianem „kompromisu aborcyjnego". Przez ćwierć wieku jej obowiązywania kilkakrotnie usiłowano ją zmienić. Raz na bardziej liberalną, innym razem bardziej konserwatywną. Bez skutku.

Kiedy w 2015 roku do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, wydawało się, że ustawa zostanie zaostrzona. Ale nic takiego się nie stało. Obywatelski projekt ustawy całkowicie zabraniający aborcji PiS wrzuciło do kosza w 2016 roku. Zamiast tego rząd Beaty Szydło zaproponował mglisty program „Za życiem".

Teraz w Sejmie utknął – również obywatelski – projekt wykreślający z obecnych przepisów tzw. eugeniczną przesłankę do aborcji. Wszystko wskazuje na to, że nieprędko – mimo nacisków inicjatorów i wsparcia biskupów – opuści on sejmowe komisje i stanie na posiedzeniu plenarnym. Bo choć dla części posłów PiS jest to temat ważny, to kierownictwo partii uznaje, że teraz nie warto zawracać sobie tym głowy. Są sprawy ważniejsze.

Analizując przeróżne wypowiedzi przedstawicieli partii rządzącej, można nawet zaryzykować tezę, że temat nie zostanie w ogóle podjęty w tej kadencji.

Dlaczego? Po pierwsze, dobry czas na to już minął. Przed PiS wybory samorządowe, a za moment europejskie i parlamentarne. Temat światopoglądowy jest niewygodny i lepiej odłożyć go ad acta. Po drugie, PiS – co pokazują przykłady z przeszłości – gra tą sprawą tylko wtedy, gdy może coś zyskać. Kiedy uznaje, że może stracić, wstydliwie chowa głowę w piasek.

Przykłady? Za tzw. pierwszych rządów PiS (w roku 2007) pojawił się pomysł zmiany konstytucji i wpisania do niej prawnej ochrony życia poczętego. Jarosław Kaczyński uznał wówczas, że lepiej będzie, jak z partii odejdą zwolennicy tego rozwiązania. Tak też się stało i szeregi PiS opuścił ówczesny marszałek Sejmu Marek Jurek.

Ale już za rządów PO–PSL, gdy kilka razy w Sejmie głosowano projekty ustaw zaostrzających przepisy aborcyjne, posłowie PiS gremialnie podnosili ręce do góry, udzielając im poparcia. Budowali w ten sposób zaufanie w oczach tych wyborców, którzy nie pamiętali ich zachowania z roku 2007. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ta część elektoratu pozwoliła na osiągnięcie w 2015 roku podwójnego sukcesu.

Po zdobyciu władzy partia zamilkła. Jej przedstawiciele mówili, że sami projektu zmian nie złożą, ale jak zrobią to obywatele, to z troską się nad tematem pochylą. I projekt – firmowany przez Ordo Iuris – się pojawił. Premier Beata Szydło stwierdziła, że popiera projekt inicjatywy obywatelskiej zakazujący aborcji. Potem prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział: „Jestem katolikiem, więc moja postawa jest tutaj oczywista". Dodał również, że w PiS nie będzie w tej sprawie dyscypliny, ale wydaje mu się, że „ogromna większość klubu, jeśli nie wszyscy, poprze tę propozycję". Ale na ulice wyszły czarne parasolki i ustawa trafiła do kosza.

Lider PiS znów ruszył odbudowywać zaufanie. Kilka miesięcy później w rozmowie z „Gościem Niedzielnym" przekonywał, że „PiS w żadnym wypadku nie wycofuje się z dążenia do zakazu aborcji z powodu choroby dziecka" i że ma on szansę „na wprowadzenie w stosunkowo nieodległym czasie". Nie precyzował dokładnie, kiedy się to stanie. Nie obiecywał, że będzie to jeszcze w tej kadencji Sejmu, ale zaznaczał, że dla niego sprawa jest ważna i będzie „dążył do tego, aby ją skutecznie rozwiązać".

Obywatele przynieśli więc kolejny projekt i choć przeszedł przez pierwsze czytanie, to leży w komisji. I raczej tam zostanie. Jest jeszcze wprawdzie wniosek grupy posłów do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności z ustawą zasadniczą przepisu o aborcji eugenicznej, ale i on ugrzązł.

Jarosław Kaczyński doskonale wie, że przed tym tematem nie ucieknie. Jednak samo przekonywanie społeczeństwa, że tylko PiS jest gwarancją tego, że „lewacka rewolucja obyczajowa, która w Unii jest normą, nie zwycięży w Polsce", nie wystarczy do tego, by wygrać kolejne wybory. Za deklaracjami musi bowiem pójść realne działanie. A cierpliwość elektoratu – co pokazała ostatnia pikieta obrońców życia pod biurem posłanki Joanny Lichockiej w Kaliszu – zaczyna się kończyć. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL