fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kosmos

Dlaczego nie wracamy na Księżyc?

Ostatni raz po powierzchni Księżyca ludzie spacerowali ponad 40 lat temu. Teraz pozostaje nam tylko wyobraźnia artysty
NASA
50 lat temu pierwszy człowiek postawił stopę na Księżycu, w symboliczny sposób biorąc go w posiadanie. To miał być „wielki skok dla ludzkości". Tymczasem sukces programu Apollo został w popisowy wręcz sposób zmarnowany.

20 lipca 1969 roku Neil Armstrong, dowódca wyprawy Apollo 11, stanął jako pierwszy człowiek na powierzchni Księżyca. W związku z przypadającą dziś 50. rocznicą tych wydarzeń przypominamy tekst z 2015 roku.

Mieliśmy mieć stałe bazy na Księżycu i na orbicie Ziemi. Mieliśmy latać na Marsa, poznawać nowe światy. Mieliśmy mieć pojazdy wielokrotnego użytku, które podróże kosmiczne uczyniłyby rutynowym zajęciem, a nie ryzykownym przedsięwzięciem. A mamy?

Dziś dumni Amerykanie nie są w stanie zbudować własnych pojazdów, które mogłyby ich wynieść nawet nie na Księżyc, lecz choćby na orbitę okołoziemską. Dopóki takich pojazdów nie zbudują prywatne firmy, które zdobyły kontrakty od NASA – co jeszcze chwilę potrwa – astronauci będą płacić za miejsce w przestarzałych rosyjskich Sojuzach. Podróż na Marsa ciągle się odsuwa – w perspektywę czasu tak odległą, aby nikt nie musiał odpowiadać na kłopotliwe pytania o stan przygotowań. O tak bliskim nam Księżycu nikt w NASA nawet nie myśli. Agencji kosmicznej supermocarstwa na to nie stać.

Mamy za to prywatne firmy, które stać na inwestowanie w program przygotowań lotów załogowych (to swoją drogą ciekawe zagadnienie dla Thomasa Piketty'ego, ewentualnie prof. Marka Belki). Są wśród nich nawet takie, które chcą na Srebrnym Globie opuszczonym przez supermocarstwo budować hotele. No i są Chińczycy, którzy najwyraźniej nie podzielają amerykańskiego braku zainteresowania naszym naturalnym satelitą i planują wyprawy badawcze oraz załogowe.

A miało być tak pięknie

Pytanie brzmi: co poszło nie tak? Oczywiście można przyjąć wyjaśnienia z katalogu teorii spiskowych: nigdy na Księżycu nie byliśmy, a sceny z lądowania nakręcono w studiu. Lub: odkryliśmy bazy kosmitów, którzy zabronili nam tam latać. Niepotrzebne skreślić.

Dzień po lądowaniu Neila Armstronga i Buzza Aldrina na Księżycu jedna z największych amerykańskich gazet „The New York Times" poświęciła temu wydarzeniu prawie całe wydanie. Oprócz szczegółowych opisów i zapisu komunikacji radiowej znalazły się tam również komentarze ze świata, a nawet okolicznościowe wiersze. (Poproszono o skomentowanie tego wydarzenia m.in. Pabla Picassa i Dalajlamę, dziś zapewne wypowiedzieliby się księgowi nazywający sami siebie analitykami). A całą stronę oddano dr. George'owi Muellerowi z NASA, który przedstawił plan agencji kosmicznej na najbliższe lata.

Dr Mueller napisał: „Pod koniec tej dekady możemy, a ja wierzę, że będziemy, regularnie odwiedzać Księżyc". Zapowiedział w sumie dziesięć lotów programu Apollo z lądowaniem na Księżycu (wyszło z tego sześć) oraz budowę stałej bazy księżycowej, w której energia reaktora atomowego zapewniałaby ciepło, powietrze i wodę dla stałej ludzkiej załogi. Urzędnik NASA wieszczył wreszcie budowę stałej stacji na orbicie Ziemi, z której pojazd z napędem atomowym zabierałby ludzi do wspomnianej bazy.

To nawet zabawne, że coś, co niemal pół wieku temu uznano za realny plan amerykańskiej agencji kosmicznej, dziś traktujemy jako niezbyt oryginalne science fiction.

Po Księżycu stąpało w sumie zaledwie 12 ludzi. Ostatni raz polecieliśmy tam w 1972 roku. Teraz nawet nie umiemy tam wrócić.

A mówimy o wydarzeniach z 1969 roku – gdy Led Zeppelin wydawali swoją pierwszą płytę, w dziewiczy lot ruszyły jumbo jet i concorde, Amerykanie rozpoczęli wycofywanie się z Wietnamu, zmarła pierwsza ofiary nieznanej wówczas choroby nazwanej później AIDS, a dla polskiej reprezentacji bramki strzelali Lubański i Deyna.

Nie było wtedy Facebooka, Google, Twittera, a wręcz – o zgrozo – całego internetu i stron WWW. Nie było smartfonów, tabletów, a pierwszy bankomat dopiero co zainstalowano. Komputer w pojazdach programu Apollo przechowywał w pamięci stałej 36 tys. „słów" – opisuje NASA, a w pamięci RAM – 2 tys. Dziś smartfon w kieszeni każdego z nas ma możliwości tysiące, jeśli nie miliony, razy większe.

Wprawdzie mieliśmy pojazdy wielokrotnego użytku (wahadłowce), ba – nawet samoloty naddźwiękowe latające z Paryża do Nowego Jorku w nieco ponad trzy godziny. Ale już nie mamy, bo się nie opłacały. NASA zresztą jeszcze niedawno obiecywała powrót na Księżyc w ramach programu Constellation – właśnie teraz odbywałyby się pierwsze loty. Uruchomiony przez prezydenta George'a Busha w 2004 roku, został odwołany przez prezydenta Baracka Obamę w 2010. Był za drogi.

Duma i pieniądze

Bo polityczna wola była ważna wtedy, a teraz najważniejsze są finanse. W połowie lat 60. XX wieku wyścig kosmiczny wszedł w najgorętszą fazę. NASA otrzymała najwięcej pieniędzy w historii – po to, by wygrać z Rosjanami. Wówczas było to blisko 6 mld dolarów (odpowiednik dzisiejszych 43 mld), co stanowiło 4,5 proc. całego budżetu federalnego. Dziś NASA dostaje nieco ponad 17 mld dolarów – 0,5 proc. budżetu USA. Prawie najmniej w historii.

Te ogromne pieniądze pozwoliły uruchomić program Apollo i dokończyć wcześniejsze programy kosmiczne (m.in. Gemini). Szacunkowe koszty programu Apollo to 20–25 mld dolarów (dzisiaj byłoby to 136 mld). W tym czasie na potrzeby podboju Księżyca NASA zatrudniała 34 tys. pracowników i kolejnych prawie 400 tys. ze współpracujących z nią firm. Według opublikowanych w 1992 roku analiz ekonomicznego wpływu realizacji tego programu na gospodarkę inwestycja zwróciła się po wielokroć – do 1987 roku zyski z wykonanych wówczas prac badawczo-rozwojowych miały sięgnąć 181 mld dolarów.

Ale zainteresowanie lotami załogowymi zaczęło spadać po udanej misji Apollo 11 – skarży się na to zresztą w słynnym filmie „Apollo 13" James Lovell grany przez Toma Hanksa. Zainteresowania nie podtrzymały na długo nawet gra w golfa na Księżycu (Alan Shepard w Apollo 14) czy użycie księżycowego łazika (Apollo 15).

Biały Dom i NASA zmieniły priorytety. Z największym trudem udało się uratować pozostałe misje programu – skasowano tylko trzy ostatnie (18, 19, 20). Zmniejszono budżet, część pieniędzy przekierowano na budowę wahadłowców oraz stacji Skylab. Później i z nich zrezygnowano, bo były za drogie.

– W latach 60. wielu Amerykanów było przekonanych, że warto wydawać pieniądze na program Apollo, ponieważ narodowe bezpieczeństwo podczas zimnej wojny było sprawą najważniejszą – tłumaczy Roger Launius ze Smithsonian National Air and Space Museum. – Dziś wiele osób kwestionuje celowość załogowych misji kosmicznych. A bez odpowiednich argumentów, które wszyscy zrozumieją, będzie bardzo trudno zdobyć odpowiednie środki.

Gdy prezydent Obama obwieścił, że odwołuje program Constellation, na jego głowę posypały się gromy – krytykował go nawet Neil Armstrong. Bo NASA do ostatnich chwil przekonywała, jak bardzo wartościowy jest program załogowych misji kosmicznych, ze szczególnym uwzględnieniem powrotu na Księżyc. – To znacznie więcej niż stawianie flag i filmowanie śladów butów. Chcemy stałej obecności ludzi w kosmosie – mówił wówczas John Olson z NASA. Agencja przekonywała, że w planach jest kolonizacja, budowa stacji na Księżycu, pokojowa współpraca itd., itp. Ale powołany przez Baracka Obamę i zatwierdzony przez Senat nowy administrator NASA Charles Bolden miał na ten temat inne zdanie. – NASA nie będzie prowadzić żadnej załogowej misji na Księżyc. Nie poleci tam z ludźmi prawdopodobnie za mojego życia – mówił podczas spotkania z doradcami. – Nie wiem, jak mam to powiedzieć jaśniej. NASA nie planuje żadnych misji na Księżyc i nawet nie chce planować. A jednym z powodów, dla których tak myślimy, jest to, że wszystkiego zrobić nie możemy.

A co NASA może? Otóż Obama i Bolden (obaj są pierwszymi Afroamerykanami na swoich stanowiskach) wymyślili misję załogową na Marsa, a wcześniej na asteroidę. Co ciekawe, środowisko naukowe jest do tych pomysłów nastawione dość sceptycznie. – Zamierzamy to zrobić i sądzę, że to jest wykonalne – upierał się Bolden.

W 2014 roku, czyli już po skasowaniu Constellation, przedstawieniu projektu asteroidowego i marsjańskiego oraz wpompowaniu pieniędzy NASA w prywatne firmy kosmiczne budujące pojazdy, amerykańska Narodowa Akademia Nauk opublikowała raport na temat przyjętego kursu agencji. Zdaniem najwybitniejszych naukowców kolejnym celem NASA powinien być rzeczywiście Mars, jednak osiągnięcie tego celu nie będzie możliwe bez powrotu ludzi na Księżyc. Według akademików realną datą misji na Czerwoną Planetę jest 2037 rok. „Obecny program kosmiczny agencji przynosi klęski, rozczarowania oraz powoduje utratę przekonania międzynarodowej społeczności, że loty kosmiczne to coś, w czym USA są niepokonane".

Podobnego zdania jest prywatna National Space Society, według której ponowne umieszczenie gwiaździstego sztandaru na Srebrnym Globie powinno być dla Ameryki priorytetem. Nie tylko z punktu widzenia dumy narodowej, ale też czysto finansowego. Eksploatacja przemysłowa naszego satelity mogłaby pomóc w finansowaniu ambitnych i bardzo drogich misji załogowych.

Wzgardzony Pluton

Czy NASA posłucha naukowców w kwestii powrotu na Księżyc? Pewnie nie, w końcu – wbrew pozorom – misje Apollo wcale nie miały naukowego priorytetu. Jedynym prawdziwym naukowcem (geologiem), który poleciał na Księżyc, był Harrison Schmitt. Miał ruszyć Apollo 18, jednak misja została skasowana. Dla naukowego zespołu NASA ostatnią szansą, żeby wysłać jednego ze swoich ludzi, była misja Apollo 17. Schmitt trzykrotnie wychodził na powierzchnię z modułu księżycowego. Był ostatnim człowiekiem, który chodził po Księżycu.

Dziś największym osiągnięciem amerykańskiej agencji kosmicznej są zdjęcia powierzchni Plutona wykonane przez przelatującą obok niego sondę New Horizons. Pluton – jedyna planeta Układu Słonecznego odkryta przez amerykańskiego astronoma i oczko w głowie dumnego narodu – tuż po starcie sondy New Horizons został przez Międzynarodową Unię Astronomiczną zdegradowany do kategorii planet karłowatych. Gdy Neil Armstrong robił swój „mały krok dla człowieka", oglądało to na żywo w telewizji 600 mln ludzi na całym świecie. Zdjęcia z Plutona NASA wrzuca do internetowego serwisu Instagram. Ogląda je 4 mln osób.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA