fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikty zbrojne

Nadal nie widać końca wojny domowej w Syrii

AFP
Amerykańsko-turecka strefa bezpieczeństwa w Syrii nie ma nic wspólnego z wojną toczącą się nadal w prowincji Idlib, na północnym zachodzie kraju.

Przynajmniej na razie nie będzie trzeciej już interwencji tureckiej w Syrii, a tym samym dalszych komplikacji w toczącej się już ósmy rok wojnie domowej, grożących bezpośrednim konfliktem zbrojnym pomiędzy USA i Turcją.

Taki wniosek wysnuć można z krótkiego oświadczenia amerykańsko-tureckiego w sprawie ustanowienia tzw. strefy pokoju po syryjskiej stronie granicy z Turcją, na wschód od Eufratu. Jest to obszar kontrolowany przez YPG, kurdyjską organizację wspieraną przez Amerykanów, gdyż to jej bojownicy w znaczącym stopniu przyczynili się do pokonania ISIS, czyli Państwa Islamskiego.

Ale YPG jest postrzegana jako organizacja terrorystyczna będąca de facto zbrojnym ramieniem PKK walczącej w Turcji o niezależność Kurdystanu. Zdaniem Ankary kurdyjscy bojownicy PKK są zaopatrywani obficie w broń przez swych pobratymców z Syrii. Ci z kolei otrzymują ją od Amerykanów. Stacjonuje tam dwa tysiące amerykańskich żołnierzy pełniących w zasadzie rolę gwaranta bezpieczeństwa YPG, po upadku samozwańczego kalifatu tzw. Państwa Islamskiego.

Ich obecność powstrzymywała skutecznie Ankarę od interwencji zbrojnej przeciwko YPG. Jest to wprawdzie  formacja licząca 20–30 tys. bojowników, lecz trudno sobie wyobrazić, aby mogła stawić skutecznie czoła tureckiej armii z czołgami i nowoczesnym lotnictwem.

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan groził raz po raz inwazją swej armii. Ostatni raz kilka dni temu, w chwili gdy w Ankarze toczyły się już negocjacje z udziałem Jamesa Jeffreya, pełnomocnika Waszyngtonu do spraw Syrii.

Realizacja takiej groźby prowadziłaby niechybnie do zbrojnej konfrontacji amerykańsko-tureckiej w Syrii. Doszło jednak do porozumienia. Niewiele o jego treści wiadomo poza tym, że powstanie strefa buforowa pomiędzy granicą Turcji a siłami YPG. Utworzone ma tam też zostać wspólne centrum dowodzenia.

Przeczytaj też: Ostra konkurencja wśród najemników. Grupa Wagnera kontra „Tarcza”

Nie wiadomo jednak nic o szerokości tej strefy ani też kto miałby sprawować nad nią kontrolę. Zdaniem YPG strefa powinna sięgać nie więcej niż 5 km w głąb kurdyjskiego terytorium. Ankara mówiła o 32 km pod bezpośrednią kontrolą Turcji. Miałaby też objąć ważne kurdyjskie miasta jak Kobane czy Amuda. Oznaczałoby to koniec marzeń Kurdów z YPG o niezależności, a w przyszłości o niepodległości i być może utworzeniu jednego państwa z Kurdami z Iraku. Realizacji takiego scenariusza nie chce także Waszyngton, ale nie chce też, aby Turcja rozdawała karty w Syrii w porozumieniu z Rosją i Iranem.

– Nie poznamy zapewne treści amerykańsko-tureckiego porozumienia, gdyż obie strony pragną uniknąć oskarżeń, że jedna z nich ustąpiła drugiej – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Ilter Turan z uniwersytetu Bilgi w Stambule. Jego zdaniem Amerykanie, mając do wyboru YPG czy Turcję, opowiedzą się w końcu za sprawdzonym sojusznikiem z NATO.

Sytuację komplikuje jednak fakt, że nie jest jeszcze rozstrzygnięta sprawa amerykańskich sankcji wobec Turcji po nabyciu nowoczesnych rosyjskich systemów antyrakietowych S-400. Waszyngton unieważnił już kontrakt na dostawę setki F-35, ale grozi dalszymi sankcjami.

Brytyjski „Guardian" sugeruje, że amerykańsko-tureckie porozumienie jest próbą pozyskania czasu i swego rodzaju myśleniem życzeniowym, że prowadzić może do rozwiązania problemu.

Zapewne nie może, gdyż Turcy mają plan niemożliwy do zaakceptowania przez YPG oraz USA. Chodzi o plany osadnictwa w nowej strefie bezpieczeństwa na terenach kurdyjskich uchodźców z Syrii, którzy znaleźli schronienie w Turcji. Miałoby to zmienić charakter etniczny tego regionu, co prowadzi prostą drogą do konfliktu.

W sumie amerykańsko-turecka umowa może mieć jednak pewien wpływ na losy syryjskiej wojny domowej. Turcy muszą się liczyć ze stanowiskiem USA, uczestnicząc w negocjacjach dotyczących Syrii zapoczątkowanych w Astanie (obecnie Nur-Sułtan) z inicjatywy Rosji z udziałem Iranu i ludzi Asada. Chyba że Donald Trump powróci do swego pomysłu wycofania wszystkich żołnierzy z Syrii. Wtedy YPG wydana zostanie na pastwę Turcji i niewykluczone, że szukać będzie pomocy u prezydenta Asada.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA