fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt izraelsko-palestyński

USA za izraelskim osadnictwem

Beniamin Netanjahu w otoczeniu osadników
AFP
Premier Netanjahu otrzymuje od Trumpa prezent w chwili, gdy waży się jego polityczny los.

To prawdziwie historyczny dzień – w ten sposób skomentował premier tymczasowego obecnie rządu Izraela Beniamin Netanjahu decyzję USA w sprawie osiedli żydowskich na okupowanym Zachodnim Brzegu. – Po dokładnym przeanalizowaniu sprawy Stany Zjednoczone stanęły na stanowisku, że ustanowienie cywilnych osiedli izraelskich na Zachodnim Brzegu nie jest samo w sobie niezgodne z prawem międzynarodowym – oświadczył w poniedziałek Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu.

Na ziemiach okupowanych mieszka obecnie niemal 400 tys. osadników żydowskich w 140 osiedlach, nie licząc wschodniej Jerozolimy zdobytej jak cały Zachodni Brzeg przez Izrael w wyniku wojny sześciodniowej w 1967 roku. Cały ten obszar jest uznawany przez ONZ za teren okupowany, a osiedla żydowskie za nielegalne. Także przez  Polskę. Takie jest także stanowisko UE.

Przeczytaj też: Likwidacja przywódców Islamskiego Dżihadu w Gazie i Damaszku nie jest zwykłym odwetem za terroryzm

Zresztą kilka dni temu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej potwierdził zgodność z prawem unijnych wymagań, aby na produktach wyprodukowanych w osiedlach żydowskich nie widniała informacja „Made in Israel”. Unia nie uznaje także suwerenności Izraela nad Wzgórzami Golan, co zadeklarował nie tak dawno Waszyngton, i nie traktuje całej Jerozolimy jako stolicy państwa żydowskiego, jak to uczynił Donald Trump, przenosząc amerykańską ambasadę do tego miasta.

Prawo dżungli

W tym kontekście zmiana stanowiska USA w sprawie osiedli żydowskich ma trudne do przecenienia konsekwencje nie tylko dla dalszych losów konfliktu palestyńsko-izraelskiego.

– Stwarza to zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa i stabilności i oznacza zastąpienie prawa międzynarodowego przez prawo dżungli – oświadczył Saeb Erekat, negocjator z ramienia Autonomii Palestyńskiej. W opinii Palestyńczyków każdy kolejny krok obecnej administracji waszyngtońskiej czyni wszelkie rozważania o pokojowym rozwiązaniu konfliktu bezcelowymi.

Władze Autonomii Palestyńskiej odrzuciły już wcześniej wynegocjowany z szeregiem państw arabskich amerykański plan pomocy gospodarczej dla ludności palestyńskiej opiewający na 50 mld dol. 28 mld z tej sumy ma trafić na okupowany Zachodni Brzeg i do Strefy Gazy, 7,5 mld do Jordanii, 9 mld do Egiptu oraz 6 do Libanu. Kraje te zamieszkują rzesze Palestyńczyków. Autor planu Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, nie robił tajemnicy, że w zamian za pieniądze Palestyńczycy musieliby zaakceptować polityczną część planu. Jego prezentację opóźniły polityczne perturbacje w Izraelu, lecz jest jasne, czego Amerykanie żądają w zamian, a także rząd państwa żydowskiego.

– Palestyńczycy muszą zacząć myśleć realistycznie – mówi „Rzeczpospolitej” Efraim Inbar, szef konserwatywnego Jerusalem Center for Strategic Studies. Jego zdaniem nawet uznanie przez USA legalności osiedli nie wyklucza realizacji tzw. two states solution, czyli powstania państwa palestyńskiego obok żydowskiego.

Kolej na aneksję

Otwiera jednak drogę premierowi Netanjahu do zapowiadanej nieraz aneksji tzw. obszaru „C” Zachodniego Brzegu. To ok. 61 proc. całego okupowanego terenu pozostającego pod bezpośrednią kontrolą Izraela. To tam znajdują się osiedla żydowskie. – Część tego obszaru mogłaby przypaść Autonomii Palestyńskiej – mówi Efraim Inbar, lecz ceną byłoby zrzeczenie się większości terytorium. Taki cel wydaje się przyświecać administracji w Waszyngtonie. – Nie udało się znaleźć rozwiązania, bazując na dyskusjach, kto ma rację, a kto nie – tłumaczył Mike Pompeo. Pozostaje więc narzucenie rozwiązania jednej ze stron.

Taka taktyka jest doceniana w Izraelu, gdzie aż 86 proc. obywateli jest przekonanych, że realizując cele swej polityki zagranicznej, USA biorą pod uwagę interes Izraela. A nikt w państwie żydowskim nie ma lepszych relacji z Trumpem niż Netanjahu. Ostatni amerykański zwrot zwiększa jego szanse na kolejną piątą już kadencję na stanowisku premiera. Po dwukrotnych wyborach do Knesetu w tym roku dotychczasowemu premierowi nie udało się stworzyć koalicji dysponującej 61 mandatami w 120-osobowym Knesecie. Mało prawdopodobne, aby udało się to jego konkurentowi Benny’owi Gantzowi, liderowi koalicji Niebiesko-Biali. W środę o północy upływa konstytucyjny termin utworzenia przez niego koalicji rządowej. Wtedy na scenę wkroczy raz jeszcze Netanjahu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA