fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Polska jedzie na Euro: Cieszmy się z tego, co mamy

AFP
Spotkanie z Macedonią Północną było najlepszym jesiennym meczem Polaków w eliminacjach Euro 2020.

Podopieczni Jerzego Brzęczka od pierwszych minut starali się dużo bardziej niż w spotkaniach ze Słowenią i Austrią, a Macedończycy pozwalali im grać. Zostawiali dużo miejsca i choć nasza reprezentacja dłużej była przy piłce, skutecznie jej przeszkadzali.

Brzęczek zmienił nieco skład i ustawienie. Bartosz Bereszyński wrócił z lewej na prawą obronę, gdzie czuje się lepiej i to było widać. Arkadiusz Reca z lewej też grał poprawnie, chociaż dość pasywnie. Jacek Góralski zamiast Mateusza Klicha w środku bardzo dobrze rozbijał akcje Macedończyków. Piłkarz grający na co dzień w Bułgarii, idealnie nadawał się do walki, czasami nawet wręcz, i zostanie zapamiętany jako wojownik, któremu nawet dwa tampony w zakrwawionym nosie nie przeszkodziły grać.

Drugi raz w pierwszym składzie wyszedł na boisko Sebastian Szymański i spisał się jeszcze lepiej niż w czwartek w Rydze. O zaufaniu kolegów do niego świadczy choćby fakt, że dwukrotnie wykonywał rzuty wolne. Znowu zadowolony z siebie może być Grzegorz Krychowiak. Grał niemal bezbłędnie i to po jego dalekim podaniu do Roberta Lewandowskiego padła pierwsza bramka dla Polski.

Niestety, znów trudno napisać coś dobrego o Piotrze Zielińskim. Jeśli się nie poprawi, to przyjdzie dzień, w którym reprezentacja Polski zagra bez niego. Za sam talent nie powołuje się do kadry.

Lewandowski skazany był na samotną walkę z macedońskimi obrońcami, a mimo to siał popłoch przed i na polu karnym. Kamil Grosicki również nie zszedł poniżej swojego przyzwoitego poziomu. Najbardziej cieszy jednak fakt, że Polacy grali ambitnie, wiedzieli, czego chcą, próbowali różnych form ataków i w końcu osiągnęli cel. Czekali na to do 74. minuty. Brzęczek ma powody do satysfakcji, bo w ostatnich tygodniach nie było mu łatwo. Wiele krytycznych słów na swój temat przeczytał i usłyszał, ale zachowywał się jak przywódca. Nie podsycał złych nastrojów, wprost przeciwnie – łagodził je. Był świadomy błędów i słabości, jakie widać było w spotkaniach ze Słowenią i Austrią, wyciągnął wnioski wspólnie z zawodnikami.

Pokazał też, że ma „trenerskiego nosa”. Przeprowadził zmiany w odpowiednim momencie, a obydwie bramki strzelili rezerwowi: Przemysław Frankowski i Arkadiusz Milik. Gol napastnika Napoli przypomniał niezbyt odległe czasy, kiedy Polacy wygrywali na Stadionie Narodowym nawet z mistrzami świata, reprezentacją Niemiec.

Nie mamy drużyny na miarę mistrza Europy, ale taką, która od czasu do czasu wykorzystuje swoje możliwości. Cieszmy się z tego, co mamy. W przyszłym roku Polska po raz trzeci z rzędu zagra w wielkim turnieju.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA