fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Płociński: Matematyka na maturze musi pozostać obowiązkowa

Adobe Stock
Rodzice nie mogą zwalać całej winy na kiepskich nauczycieli i usprawiedliwiać swoich dzieci, że „nie mają smykałki do matematyki”. Tak samo państwo nie może im w tej sprawie przyznać racji i wywiesić białej flagi.

Co szósty maturzysta oblewa matematykę, a Najwyższa Izba Kontroli wykazuje, że polskie szkoły nie potrafią jej nauczać. NIK dochodzi do niepokojącego wniosku, że trzeba więc zawiesić matematykę jako obowiązkowy przedmiot na maturze, dopóki resort edukacji nie upora się z tym problemem. Podobne wątpliwości, czy przymus matematyczny na egzaminie dojrzałości ma sens, ma mój redakcyjny kolega Marek Kobylański. I on również koncentruje się na jakości nauczania matematyki w polskich szkołach.

Trudno się nie zgodzić, że dobry nauczyciel może bardzo pomóc zainteresować dziecko nauką. Intuicja podpowiada, że tyczy się to w szczególności przedmiotów ścisłych. A nie trzeba przecież raportów NIK, by wiedzieć, że na nadmiar dobrych nauczycieli nasz system szkolnictwa na pewno nie cierpi – i to żaden przytyk do nauczycieli, ale do niewydolnego i słabo finansowanego systemu. Problem w tym, że nauczyciele matematyki wcale nie odstają od nauczycieli języka polskiego czy języków obcych, które też są przecież obowiązkowe na maturze. O co więc chodzi?

Marek Kobylański wyjaśnia, że „matematyka potrafi być zmorą, szczególnie dla niezbyt uzdolnionych w tej dziedzinie”. Zatem, jak rozumiem, jeśli „polaka” uczy niespełniona poetka bez krzty talentu dydaktycznego, to uczniowie jakoś przebrną sami przez „Nad Niemnem” i coś tam o Bohatyrowiczach na maturze napiszą. Ale jeśli dobry nauczyciel nie nauczy dziecka trygonometrii, to grób, mogiła. Bo „do matmy trzeba mieć smykałkę, to jasne jak dwa razy dwa” – pisze Kobylański.

„Smykałka do matmy” to nabyta już umiejętność logicznego myślenia. Część dzieci ją po prostu ma. Dziś – może dzięki grom wideo. Może naturalnie, tak same z siebie. A może to jednak rodzice nauczyli je myśleć, po prostu je wychowując, tłumacząc świat, ucząc odpowiedzialności, dyscypliny. Pewnie część dzieci mimo najlepszych starań rodziców i tak będzie miało z tym problem, część później dojrzewa. Ale do końca szkoły średniej spokojnie te braki nadrobią, a debatujemy w końcu o maturze. I tak, na pewno pomoże im w tym sprawny nauczyciel. Ale nawet i najsprawniejszy nie przekona ich do ciężkiej pracy, jeśli będziemy wciąż powtarzać, że do matematyki trzeba smykałkę, a niektórzy po prostu nie potrafią... no właśnie. Czego nie potrafią? Myśleć?

Argumenty, że wzory matematyczne nie przydają się w życiu, to populizm czystej wody. Te wzory są po to, by uczyć się logicznie myśleć. Nie trzeba pamiętać, jak rozwiązywało się dane zadanie w szkole, tak samo jak nie trzeba pamiętać zasad gry w siatkówkę. WF jest po to, by ćwiczyć mięśnie, rozciągać się, ruszać. By zdrowo się rozwijać. Nie każdy musi być sportowcem, tak jak nie każdy używa matematyki. Ba, pewnie porównywalna dużo osób nie zostaje sportowcami, co nie skorzysta w pracy z matematycznych wzorów. Ale nie warto zniechęcać uczniów do matematyki dlatego, że to żmudny ugór i bez dobrego nauczyciela samemu nie da się rady.

Jakoś da się samemu przeczytać „Nad Niemnem”. Nauczyciel tylko uczy literek. Naprawdę, podstaw matematyki, podobnie jak literek, jest w stanie nauczyć każdy rodzic. Jeśli od początku choć trochę, choćby raz w tygodniu, towarzyszy dziecku w procesie edukacji, te matematykę naprawdę „załapie”. Jeśli od początku pozostawi je na łasce kiepskiego nauczyciela, potem będzie trudniej te braki nadrobić.

Z własnego korepetycyjnego doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że i pod koniec podstawówki wystarczy miesiąc, dwa korków, by dziecko nadrobiło dystans do rówieśników. Chyba że rodzice – a spotkałem takich wielu – od początku tłumaczą korepetytorowi, że syn lub córka absolutnie nie ma talentu do matmy. Zarazem usprawiedliwiając same dziecko i odpuszczając mu, bo przecież „do matmy trzeba mieć smykałkę”... Prawda jest jednak taka, że poza skrajnymi przypadkami dotyczącymi poważnych problemów, wystarczy ciężka praca. Lepiej rozpocząć ją z dzieckiem od razu: od dobrego wychowania, kontynuować w szkole (pomagając dziecku) i motywować do nauki na późniejszych etapach edukacji, gdy nasze stare, ociężałe od problemów dorosłego życia mózgi przestają nadążać za szkolnym materiałem. Ale wiem też, że niejedno „beztalencie”, po mocniejszym przyciśnięciu do nauki szybko przeskakiwało kolegów z klasy, którzy umiejętności matematyczne mieli „wrodzone”. Często ku zaskoczeniu własnych rodziców.

Jeśli dziś Ministerstwo Edukacji Narodowej rzuci ręcznik i odpuści obowiązek zdawania matematyki na maturze, bo ma problem z nauczycielami, da tym samym do zrozumienia rodzicom, że wychowanie i edukacja to sprawa wyłącznie między państwem a dziećmi, a rodzice nie mają tu żadnych obowiązków. Otóż nie. Rodzice słusznie narzekają na kiepskich nauczycieli, ale nie zwalnia ich to z obowiązku udziału w wychowaniu i procesie edukacyjnym własnych dzieci. To rodzina jest podstawową grupą społeczną. I to od rodziny w głównej mierze zależy, czy dziecko będzie się uczyło, czy nie.

Na szczęście jakoś jestem spokojny, że w rodzinach, w których się myśli, myślały będą i dzieci. Państwo powinno jednak wziąć większą odpowiedzialność za to, by w rodzinach, które mają problemy, dzieci miały na starcie takie same szanse edukacyjne, jak ich rówieśnicy. I tu już rzeczywiście często ostatnią deską ratunku jest dobry nauczyciel. Ale nie tyczy się to jedynie matematyki, a tym bardziej nie oznacza, że nie powinna ona być obowiązkowa na maturze. Bo w czym to pomoże?

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA