Komentarze

Walka z postkomunizmem? Morawiecki powinien zacząć od PiS

AFP
Morawiecki walkę z postkomunizmem powinien zacząć od szeregów „dobrej zmiany”.

- Czy wiecie, że ci sędziowie z czasów stanu wojennego, którzy wydawali haniebne wyroki, dzisiaj są w tym bronionym przez was Sądzie Najwyższym? Jest kilku sędziów stanu wojennego, którzy do dzisiaj tam są – grzmiał we środę w Parlamencie Europejskim premier Mateusz Morawiecki. I dodał, że reforma wymiaru sprawiedliwości ma służyć przezwyciężeniu postkomunizmu w Polsce.

To nie pierwszy raz, gdy premier posługuje się takimi argumentami. Choć sam Morawiecki jest tu dość konsekwentny. Od swej młodości jest zażartym antykomunistą, za co przyszło mu nawet przed 1989 rokiem płacić kopniakami milicjantów czy SB-ków. I zdania nie zmienił. Ostatnio ktoś opowiadał mi historię, jak to Morawiecki kazał natychmiast zwolnić zatrudnionego przez jednego ze współpracowników człowieka, jak tylko dowiedział się, że kiedyś kandydował w wyborach z list SLD.

Przyznam, że rozumiem intencje premiera. Nie mam ani cienia sympatii dla postkomunistów. I gdy widzę na marszach w obronie demokracji postaci takie jak gen. Marek Dukaczewski czy płk Jerzy Mazguła, to krew się we mnie burzy.

Sęk jednak w tym, że - przyjmując nawet najlepszą wiarę premiera Morawieckiego - antykomunizm czy antypostkomunizm w wykonaniu PiS jest kompletnie nieprzekonywujący. Głównym wrogiem PiS jest dziś Małgorzata Gersdorf, która od 1980 roku działała w „Solidarności”, a do Sądu Najwyższego powołał ją w 2008 roku nie kto inny a Lech Kaczyński. Czyżby więc i śp. prezydent również był elementem budowy postkomunistycznego systemu? Tak się też składa, że znaczna część elit dawnej „Solidarności” znajduje się dziś w ostrej opozycji wobec obozu rządzącego.

Równocześnie w obozie „dobrej zmiany” są ludzie, którzy przed 1989 rokiem stali po drugiej stronie. Twarzą zmian w sądownictwie, a przy okazji szefem sejmowej komisji sprawiedliwości jest wszak Stanisław Piotrowicz, który nie tylko działał w PZPR, ale również w czasie stanu wojennego był prokuratorem. Wiceministrem sprawiedliwości w poprzednim rządzie PiS był Andrzej Kryże, członek PZPR do jej rozwiązania, na przełomie lat 70-tych i 80-tych skazujący opozycjonistów jako sędzia. Do niedawna prezesem największej spółki paliwowej był Wojciech Jasiński, wieloletni członek PiS, a wcześniej działacz PZPR, szef wydziału spraw wewnętrznych urzędu miejskiego w Płocku, w czasie gdy prześladowano robotników po wydarzeniach radomskich. Europosłem PiS jest prof. Karol Karski, który za działalność w Związku Studentów Polskich został odznaczony przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Wybrany przez PiS do Trybunału Konstytucyjnego Henryk Cioch również należał do PZPR. Wieloletnim skarbnikiem PiS był do niedawna Stanisław Kostrzewski, który w PZPR trwał aż do jej rozwiązania. Były minister środowiska Jan Szyszko karierę polityczną zaczynał w 1987 r. od Miejskiej Rady Narodowej w Wesołej. Szefem Rady Mediów Narodowych jest Krzysztof Czabański, który przez kilka lat należał do komunistycznej partii, choć w latach osiemdziesiątych stanął po stronie „S”. Podobnie drogę przeszedł pełniący dziś ważne funkcje w spółkach Maciej Łopiński, były bliski współpracownik prezydenta Andrzeja Dudy. Kto tu jest więc antykomunistą a kto postkomunistą?

Oczywiście ludzie o takich biografiach są bodaj we wszystkich ugrupowaniach w Polsce. Ale to właśnie PiS uważa siebie za jedyną i prawdziwą siłę antykomunistyczną. Problem jednak w tym, że o tym kto jest postkomunistą decydują nie obiektywne kryteria, ale raczej to, kogo PiS za takiego uzna. Antykomunizm jest więc w wykonaniu PiS niczym więcej niż wygodną pałką do uderzania przeciwników.

Jeśli premier Morawiecki chce naprawdę demontować postkomunizm nie mam nic przeciwko temu. Ale jeśli chce być w tym autentyczny, niech zacznie od swojego środowiska politycznego.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL