fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Krzysztof Adam Kowalczyk: Polska z Tarczą czy jednak na tarczy

AFP
Samo uchwalenie pakietu antykryzysowego nie uodporni naszych firm i miejsc pracy na skutki pandemii i lockdownu. Wchodzimy dopiero w pierwszą fazę kryzysu i przepisy trzeba będzie poprawiać i uzupełniać. Jak to robić, gdy w polityce trwa wojna wszystkich ze wszystkimi?

„United we stand, divided we fall" – słowa jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych jak mantra powtarzane są od ponad 200 lat w stanie zagrożenia i wojny od USA przez Wielką Brytanię po Indie. Razem wytrwamy, podzieleni padniemy – uznali rywalizujący ze sobą szefowie największych organizacji biznesowych i odbudowali Radę Przedsiębiorczości, która blisko dwie dekady temu pomogła przekonać rząd, by w obliczu kryzysu na świecie podjął zmiany poprawiające sytuację polskich przedsiębiorców.

Dzisiaj kryzys jest stokroć groźniejszy. Jesteśmy na wojnie z niewidzialnym wrogiem, który prowadzi ofensywę od chińskiego Wuhan po Europę i USA. Hasło „United we stand" jest aktualne jak nigdy wcześniej. I jak nigdy dotąd ignorowane. Wystarczy wspomnieć blame game Chin z Włochami i USA, paniczne blokady granic i dostaw masek w Europie, ataki premiera RP na UE („nie dała ani eurocenta", choć dała na walkę z koronawirusem 37 mld euro, w tym 7 mld euro dla Polski). I wreszcie gigantyczny spór polityczny w kraju po zmianach kodeksu wyborczego doklejonych do „Tarczy antykryzysowej" i uchwalonych pod osłoną nocy.

Politycy walczą ze sobą, jakby najważniejsze było przeprowadzenie wyborów 10 maja, a nie przetrwanie pandemii. My może ją i przeżyjemy, ale polska gospodarka niekoniecznie. Krytyczna jest zwłaszcza pierwsza faza kryzysu – lockdow, w czasie którego fabryki przestają wytwarzać towary, zamierają usługi – od restauracji przez fryzjera po kina i teatry. Ekonomiści ostrzegają, że ten kryzys, inaczej niż poprzednie, będzie miał charakter podażowy. Ludzie może i będą mieli pieniądze – z pomocy państwa, z własnych oszczędności, ale nie będzie co za nie kupić. A wtedy grozi nam wystrzał inflacji.

Rząd się z tym liczy, skoro wpisał do ustawy o „Tarczy antykryzysowej" przepisy drastycznie ingerujące w rynek, bo pozwalające ustalać maksymalne ceny i marże „towarów lub usług mających istotne znaczenie dla ochrony zdrowia lub bezpieczeństwa ludzi lub kosztów utrzymania gospodarstw domowych". Uderzy to w firmy, jeszcze bardziej ograniczając podaż. I stworzy warunki do powrotu czarnego rynku – po 30 latach od upadku PRL!

W sprawie podatków rząd już tak śmiały nie jest i chroni dochody budżetu - preferuje odłożenie zaliczek od ich umorzenia. Godne odnotowania jest natomiast zwolnienie samozatrudnionych ze składek ZUS do trzech miesięcy. Będzie też dla nich „postojowe", ale wniosek wymaga złożenia podpisu i skierowania za pośrednictwem dotychczasowych zleceniodawców. Jak to zrobić w czasie lockdownu? I pomyśleć, że uchwalił to Sejm „z tabletu"...

Rząd nie może się też zdecydować, czy chce chronić miejsca pracy, czy wręcz przeciwnie. Bo choć przewiduje dopłaty do „postojowego" dla pracowników firm (zobaczymy czy wystarczające), to nie rezygnuje z podatku od sprzedaży detalicznej, który uderzy w walczący o przetrwanie handel. Przesuwa tylko wprowadzenie daniny do 1 stycznia 2021. Nie zrezygnował też z zakazu handlu w niedzielę, choć to byłaby wielka pomoc dla gospodarki po pandemii. Czasowo tylko poluzował restrykcje pozwalając na przyjęcie i rozłożenie na półkach towarów pierwszej potrzeby. W centra handlowe uderzy też wygaszenie czasowe umów najmu – korzystanie z kolei dla wynajmujących lokale, zamknięte przez państwo na czas pandemii.

Ustawa wprowadzająca Tarczę przewiduje wiele punktowych działań. Została napisana przede wszystkim z myślą o pierwszej fazie kryzysu i z pewnością w przyszłości wymagać będzie wielu uzupełnień. A to nie uda się, jeśli w polskiej polityce nadal dominować będzie postawa „kto kogo wyślizga", a rząd zamiast budować społeczne zaufanie będzie je niszczył, np. wpisując do ustawy możliwość eliminowania przez premiera członków Rady Dialogu Społecznego, która grupując pracodawców i związki mogłaby przecież budować konsensus na czas kryzysu. Na razie Polsce zamiast do „united we stand", bliżej do „divided we fall", a czasu na opamiętanie coraz mniej.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA