fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Bogdan Borusewicz: Wałęsa uratował Solidarność

Bogdan Borusewicz
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Do Sierpnia mają prawo wszyscy, którzy brali udział w zmianach – mówi w ECS Bogdan Borusewicz, współorganizator strajku w Stoczni Gdańskiej, w rozmowie z Bogusławem Chrabotą.

Co dla pana oznacza 40-lecie Solidarności?

Nie da się przekazać emocji, opowiadając o tamtych wydarzeniach. Ja to przeżyłem, mam osobistą perspektywę. To się wszystko odzywa, kiedy jestem w Europejskim Centrum Solidarności (ECS). Trudno mi zwiedzać wystawę. Znam te przedmioty, np. maszynę drukarską do drukowania ulotek, i wiem, że ją skonstruował zupełnie domorosły twórca. Od jakiegoś czasu mam pomysł, by zrobić wystawę pt. „Myśl techniczna opozycji i podziemia". Tam na pewno pojawiłby się Witek Łuczywo, który pierwszy rozpoczął drukowanie ulotek na sicie. W stanie wojennym w Poznaniu zostały stworzone nadajniki radiowe wielkości dwóch pudełek zapałek o zasięgu 2 km, które my potem produkowaliśmy w Gdańsku. Żaden z tych nadajników nie wpadł przez namierzenie, bo ich nie można było namierzyć. Tu na wystawie jest maszyna do druku wypukłego, która również wtedy powstała, a która stała w profesjonalnie zamaskowanym bunkrze. Tak samo prototyp offsetów, które najpierw przerzucaliśmy z Zachodu, przede wszystkim jachtami ze Szwecji, ale przemyt był ogromnym problemem, dlatego zaczęliśmy je produkować tutaj – w Gdańsku wykonaliśmy prototyp tej maszyny.

Jak 40 lat temu rozumieliście ideę solidarności?

Nie dyskutowaliśmy o solidarności.

Ale w pewnym momencie pojawiło się hasło, które przyjęto jako nazwę związku.

W nazwie chodziło przede wszystkim o to, by uniemożliwić rozbicie tego ruchu na część? robotniczą i inteligencką. Tego obawiałem się w czasie strajku i pilnowałem, żeby do tego nie doszło. Już wcześniej podejmowałem kroki, żeby to uniemożliwić. Bo np. doradcy, którzy przyjechali do Gdańska, byli z zupełnie innego środowiska niż robotnicze. Oni byli esencją? inteligencji warszawskiej. Pilnowałem, żeby władzy nie udało się nas poróżnić. Ta solidarność miała różne płaszczyzny, także płaszczyznę solidarności zawodowej, bo byli wśród nas robotnicy i inteligenci, lekarze, pielęgniarki. To stanowiło naszą siłę, która uniemożliwiała władzy rozbicie, rozczłonkowanie ruchu. A władza bez przerwy próbowała nas rozczłonkować.

Czyli na początku solidarność to była po prostu solidarność między ludźmi. Nie przeciwko komuś, nie przeciwko komunistycznemu państwu? Czy może jednak już przeciwko systemowi?

Naturalnie, że przeciw systemowi. Ale z drugiej strony robotnicy się bali polityki. Pamiętam, jak nakład „Robotnika" przywieziony do Szczecina został spalony, ponieważ nie chciano w strajku polityki. W Szczecinie była jednak zupełnie inna sytuacja, bo tam nie było starej opozycji. My w Gdańsku przygotowaliśmy ten strajk, ja go przygotowałem, potem Wałęsa to kontynuował, prowadził jako lider. Nastąpiły zmiany liderów, to było naturalne, bo nastąpiła także zmiana sytuacji, zaś jeżeliby nas tu nie było, to ten strajk wyglądałby tak jak w Szczecinie. Nie byłoby wolnych związków, ludzie opozycji byliby usuwani, zachodni dziennikarze nie byliby wpuszczani. W Szczecinie to, co mówiła władza, trafiło na podatny grunt i udało jej się to wykorzystać, wygrać, wymodelować. A w Gdańsku nie, dlatego że my tym kierowaliśmy i nas nie można było przeskoczyć.

Mówi pan o wpływie na liderów strajku? Na Wałęsę?

Przez dwa lata przed strajkiem pracowałem z tymi ludźmi – i z Wałęsą, i z całą grupą. Wiedzieli, o co chodzi, jakie są zasady, niebezpieczeństwa, wiedzieli, że musimy trzymać się razem, bo będą nas rozbijać w różny sposób, tak jak w grudniu 1970. Interesowałem się Grudniem, docierałem do ludzi z nim związanych, rozmawiałem z nimi. Widziałem, jak ten ruch się tworzył i jak zręcznie i szybko został spacyfikowany.

Czy w ramach komitetu strajkowego były mocne wewnętrzne napięcia? Między Anną Walentynowicz, Lechem Wałęsą, Andrzejem Gwiazdą?

W czasie strajku nie było żadnych napięć. Przecież my znaliśmy się świetnie. Spotykaliśmy się na uroczystościach rodzinnych i dyskutowaliśmy. Byliśmy ze sobą na co dzień, nie tylko w sprawach opozycyjnych. Pilnowałem, żeby były między nami więzi osobiste i one były bardzo mocne.

Kiedy to się zaczęło psuć?

Konflikt wystąpił nie na płaszczyźnie politycznej, a tylko dlatego, że Walentynowicz chciała jechać do papieża, a Wałęsa nie chciał jej zabrać i to wywołało w nas oburzenie.

Kiedy trzon Solidarności zrozumiał, że nie chodzi już tylko o związki zawodowe, ale o niepodległość?

To było jasne od początku.

Pan był dla wielu liderem intelektualnym, więc pan to rozumiał. Ale czy oni też?

Ależ moi koledzy robotnicy też wiedzieli, o co chodzi. W czasie kształtowania grupy kierowałem ich w taki sposób, żeby wiedzieli... Zresztą nie musiałem im tego mówić. W Gdańsku wciąż obecna była pamięć o Grudniu i między poziomem świadomości robotnika tu a robotnika w innych częściach kraju była olbrzymia różnica. To nie musieli być intelektualiści, ale wiedzieli, co ówczesna władza robiła w roku 1970. Widzieli, że władza strzelała do ludzi, że lała się krew, że użycie broni było powszechne. 1100 rannych, 42 zabitych. Musiała się więc pojawić grupa ludzi, która była ze mną związana, którą stworzyłem na początku. I którą przeszkoliłem. Nie mówiłem, co to znaczy niepodległość, bo tu bez przerwy wszyscy o tym mówili. Wiedzieliśmy, że jesteśmy zależni od Rosjan, że oni z nas wysysają. Nie musiałem mówić, że tego nie będzie, jak Polska będzie niepodległa. Nie musiałem mówić, co to jest demokracja, bo ludzie wiedzieli, co to znaczy dyktatura, a demokracja jest przeciwieństwem dyktatury. Pokazywałem, co to znaczy niepodległość, mówiłem o Węgrzech w 1956, o Czechosłowacji w 1968, razem dyskutowaliśmy na temat tych zdarzeń, kiedy Rosja interweniowała jak u siebie w domu.

Ta świadomość tutaj była, tylko trzeba to było zebrać, nadbudować i to zajęło mi dwa lata. Ci ludzie byli trzonem tego strajku. Oni wiedzieli, w jakim kierunku iść, że musi być strajk okupacyjny, że wtedy można panować nad tysiącami ludzi. Nas było tak mało, że gdybyśmy wypuścili ludzi na ulicę, to nie można byłoby tego opanować, kontrolować. Stąd strajk okupacyjny, ponieważ gdy siedzimy w zakładzie, nie wychodzimy, to nie próbują nas pojedynczo wyciągnąć, straszyć, wzywać do prokuratora. Prokurator chce przesłuchać? To niech wejdzie.

Ale zaczęły się spory wewnątrz grupy liderów...

Z moralnego punktu widzenia nie mieściło się nam w głowach, czemu Wałęsa nie chce zabrać Walentynowicz do papieża. Ale oczywiście konflikt był przede wszystkim robiony z zewnątrz. Ja to dostrzegałem. Bezpieka i propaganda kształtowała cały czas przekaz, że to bunt robotniczy, że Borusewicz to KOR-owiec, antysocjalista, to jest niebezpieczne dla was, że on jest z wami, u was... Tyle że trudno było nas podzielić. Na początku Wałęsa nas bronił. Pojawiła się też kwestia powołania Jacka Kuronia na doradcę. A Mazowiecki i Geremek widzieli w KOR-ze konkurencję. To nie była ta opozycja twarda, którą my byliśmy, oni byli na pograniczu. Przeszli na naszą stronę w sierpniu 1980 i to była dla nas olbrzymia pomoc. Zwłaszcza że przeciwko nam cały czas działała bezpieka. Głosili swoje tezy na nasz temat w prasie, telewizji, radiu. Z drugiej strony była agentura indywidualna – i to widać w materiałach, które są dostępne – która otrzymywała zadania tworzenia konfliktów, wspierania konfliktu, które stworzył się między Walentynowicz a Wałęsą. Potem do tego doszedł Gwiazda i w pewnym momencie wybuchł konflikt. Wałęsa czuł się zagrożony, myślał, że chcemy go usunąć.

A nie chcieliście?

Oczywiście, że nie. Wałęsa był przywódcą i nie można było tego zrobić, cała opozycja popierała Wałęsę. Ale trudno było go popierać, gdy podejmował decyzje takie jak ta z Walentynowicz. Ale najbardziej znaczącą sytuacją było odsłonięcie pomnika Grudnia 1970, związana z nazwą tego pomnika. My – razem z Walentynowicz, która była na pierwszej linii – chcieliśmy, żeby nazywał się „Pomnikiem pomordowanych stoczniowców". Z kolei Wałęsa, Episkopat, kardynał Glemp i władza – w tym także ks. Jankowski, który grał podwójną rolę, bo był po stronie bezpieki – czyli władza wspierana przez Kościół, chcieli, żeby nazywał się inaczej – „Pomnik ofiar grudnia". Wie pan, jaka jest różnica?

Ofiary były po obydwu stronach.

To był właśnie problem. Po pierwsze, trzeba było wypisać nazwiska poległych. Było 42 zabitych demonstrantów i 2 milicjantów, którzy zostali zlinczowani, jeden w Gdańsku, drugi w Szczecinie. My nie chcieliśmy pomnika z nazwiskami milicjantów, którzy strzelali do ludzi. To wywołało ostrą dyskusję. W wyniku tego stocznia, która ideologicznie została przejęta przez ks. Jankowskiego, odebrała Walentynowicz mandat delegata. To wylało się na zewnątrz, poza kierownictwo Solidarności. Ostatecznie pomnik nazywał się „Pomnikiem poległych stoczniowców", poległych, nie zamordowanych. Po tym konflikcie już nie dało się skleić środowiska, zwłaszcza że Walentynowicz zabrano tytuł delegata na zjazd. Dla mnie to oznaczało koniec mojej obecności w kierownictwie. Odszedłem w czerwcu 1981 roku i już tam nie wracałem.

Jaka Solidarność była tuż przed grudniem 1981 roku?

Wciąż bardzo silna. Nasza grupa kierowała związkiem do stycznia 1981 roku. Wałęsa, Walentynowicz, Gwiazdowie, Kołodziej, Halina Pieńkowska i ja. Potem nas usunięto albo sami się usunęliśmy, ale Solidarność nadal była otwarta na wszystkich. Byli tam też ludzie partyjni i my ich nie usuwaliśmy, to władza ich usuwała. Solidarność była otwarta światopoglądowo i organizacyjnie. Ona zaczęła się zmieniać w kierunku światopoglądu chadeckiego dopiero po 1990 roku.

Czy pan jako człowiek, który tworzył Solidarność, wciąż się z nią utożsamiał w drugiej połowie roku 1981?

Oczywiście, ale patrzyłem na to co się dzieje z dużym niepokojem.

Pojawiały się symptomy pękania?

Nie, ale duża niefrasobliwość i radykalizacja. My, grupa antysocjalistyczna – jak nazywała nas władza –wiedzieliśmy, do jakiego punktu można iść, że ruchy antyradzieckie to nie jest dobry kierunek, tłumiliśmy radykalizm. Jednak grupy opozycyjne, które tworzyły Solidarność, były wypychane przez aparat władzy – w ten sposób ruch się radykalizował. Władzy zależało, żeby nas tam nie było, bo to uniemożliwiało przejęcie związku.

Jaka była rola Wałęsy od 13 grudnia 1981 do 1989 roku. Uratował Solidarność czy ją przebudował?

Uratował. Nie mam zastrzeżeń do tego, co robił Wałęsa w stanie wojennym, on się bardzo dobrze zachowywał. Pojawiały się takie intencje ze strony Episkopatu, by tworzyć jakąś alternatywę, związki chadeckie, to było dalece zaawansowane. Najważniejsze wtedy było pozyskanie Wałęsy i on wtedy absolutnie zdecydowanie odmówił. Po wyjściu Wałęsy z internowania – oczywiście on był cały czas pilnowany – kierownictwo podziemia natychmiast nawiązało z nim kontakt i działaliśmy razem. Pilnowaliśmy, żeby tam nie było szczeliny i Wałęsa zachowywał się bardzo dobrze, dlatego uratował ten ruch społeczny.

W jakim stopniu dzisiejszy związek NSZZ Solidarność zachowuje ciągłość z tamtymi ideami?

Dzisiaj jest kompletnie inna sytuacja i inny związek. Oni nie chcą być ruchem społecznym, poza tym nie mogą, bo jest system demokratyczny, tego przy pierwszej Solidarności nie było. Wtedy Solidarność była wszystkim.

Powinni zmienić nazwę?

To ich sprawa. Ale do Sierpnia mają prawo wszyscy, którzy brali udział w zmianach.

Ale wyłączności nie mają?

Oczywiście, że nie. Problemem tego związku jest to, że wszyscy, którzy byli liderami tworzenia się tego związku w 1980 roku, są gdzie indziej, nie u nich. Myślę, że to dlatego, że oni o to nie dbali.

Rafał Trzaskowski tworzy formację obywatelską o roboczej nazwie Nowa Solidarność. Czy odwoływanie się w ten sposób do idei tamtej Solidarności ma dzisiaj sens? Jest w tym jakaś racja?

Jest, bo solidarność międzyludzka jest potrzebna. Ale tego, co było, nie da się przywrócić. Za to odwoływanie się do Solidarności w Polsce jest potrzebne.

Nie boi się pan, że NSZZ Solidarność uderzy w Trzaskowskiego?

NSZZ Solidarność jest dawno po stronie PiS-u i jest zapleczem PiS-u.

Ale czy nie ma pan obaw, że dojdzie do sądowego konfliktu o nazwę?

Co jakiś czas dochodzi do konfliktu. Swego czasu odebrano znaczek Solidarności „Gazecie Wyborczej". Odwzorować tego, co było, się nie da.

Daje pan prawo Trzaskowskiemu, żeby wpisał się w tę tradycję?

Każdemu daję takie prawo. Gdy w 20-lecie Sierpnia SLD podjęło uchwałę, że byliśmy wielkim ruchem, że mieliśmy rację, wtedy się najbardziej ucieszyłem, że ci ludzie, którzy w większości byli po drugiej stronie, uznali nasze racje.

—współpraca Magdalena Pernet

Bogdan Borusewicz jest politykiem Platformy Obywatelskiej i wicemarszałkiem Senatu, byłym opozycjonistą, współpracownikiem KOR, działaczem Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża i marszałkiem Senatu w latach 2005–2015

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA