fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

Polacy są równi w niedostatku

Fotorzepa, Michał Walczak
Polska to kraj na dorobku. To może wpływać na ocenę nierówności dochodowych, które w świetle ostatnich danych należą do najwyższych w Unii Europejskiej.

Tak można podsumować dyskusję ekonomistów, którą wywołał opublikowany kilka dni temu raport Ministerstwa Finansów (MF), zawierający m.in. dane dotyczące rozkładu dochodów płatników PIT.

Wynika z niego m.in., że w 2016 r. na 10 proc. najlepiej zarabiających podatników przypadało blisko 41 proc. ogółu dochodów obciążonych PIT. Wskaźnik Giniego, syntetyczna miara nierówności, wynosił zaś 0,53 (przyjmuje on wartości od zera do 1). W świetle ankietowych badań EU-SILC dochody 10 proc. najlepiej zarabiających w tym samym roku stanowiły około 23 proc. ogółu, a wskaźnik Giniego był na poziomie 0,3. Z kolei opublikowane miesiąc temu wyliczenia Laboratorium Nierówności na Świecie (WIL), ośrodka badawczego współtworzonego przez Thomasa Piketty'ego, malują podobny obraz nierówności dochodowych jak dane MF, sytuujący Polskę wśród państw UE o największym rozwarstwieniu.

Choć tych liczb nie da się ze sobą bezpośrednio porównać, bo dotyczą m.in. odmiennie zdefiniowanych dochodów, różnice między nimi i tak budzą sporo emocji. W dyskusjach w mediach społecznościowych pojawiły się nawet głosy, że rozpiętości dochodowe w Polsce w świetle nowych i prawdopodobnie bardziej wiarygodnych danych mają iście afrykańską skalę.

Ale publikacja MF zawiera też wiele informacji, które mogą wpływać na ocenę tego, czy rozpiętości dochodowe w Polsce faktycznie są niepokojące. Wynika z niej, że w 2016 r. wystarczył dochód na poziomie 69,3 tys. zł brutto (5,8 tys. zł miesięcznie), aby znaleźć się wśród 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków. Aby należeć do 5 proc. osób o najwyższych dochodach, wystarczyło zarobić 96,9 tys. zł (8,1 tys. zł miesięcznie). Biorąc pod uwagę przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw, które wtedy wynosiło 4,3 tys. zł brutto miesięcznie, dochody najlepiej opłacanych trudno uznać za niebotyczne.

Wygląda na to, że za znaczące zróżnicowanie dochodów odpowiadają w Polsce głównie prowadzący działalność gospodarczą (i płacący liniowy PIT). W tej grupie średni dochód roczny wynosił w 2016 r. 231 tys. zł, a na 10 proc. podatników o najwyższych dochodach przypadało 60 proc. ogółu dochodów.

– To naturalne, że przedsiębiorcy mają mocno zróżnicowane dochody. Zdarzają się straty, ryzyko jest większe – uważa dr hab. Marek Kośny, profesor na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

– Ci nasi bogacze nie są wcale tacy bogaci. Cała dyskusja wokół nierówności jest w Polsce postawiona na głowie. W kraju konwergującym (nagdaniającym – red.) jest naturalne, że pojawia się mała grupa, której udaje się (dzięki know-how, szczęściu, zapobiegliwości itp.) jako pierwszej osiągnąć dochody zbliżone do średnich w państwach rozwiniętych – ocenił z kolei na Twitterze dr Maciej Bukowski, prezes ośrodka badawczego WISE. – Z narzekaniami na wielkie nierówności należy poczekać, aż stopa wzrostu spadnie do zachodniej i konwergencja ustanie – dodał, odnosząc się do argumentów, że w świetle danych MF należy zwiększyć opodatkowanie osób najlepiej zarabiających.

– Z dyskusją o zwiększeniu redystrybucji trzeba się wstrzymać do czasu, aż będziemy wiedzieli, na ile trwałe są wysokie dochody – oceniła z kolei dr hab. Joanna Tyrowicz z ośrodka badawczego GRAPE i UW.

Innego zdania jest dr Paweł Bukowski, badacz nierówności z LSE. – Obecnie uważa się, że na wzrost nierówności największy wpływ mają instytucje, polityka społeczna, globalizacja i postęp technologiczny. Wiadomo np., że przejście z komunizmu do kapitalizmu powoduje wzrost nierówności, bo oznacza uwolnienie płac i prywatyzację kapitału, ale czy to doprowadzi nas na szczyt europejskich nierówności czy na przeciętne poziomy, zależy już od naszych uwarunkowań i instytucji. Czechy, Węgry czy Chorwacja również wyszły z komunizmy, ale nie doświadczyły takiego wzrostu nierówności jak Polska, a z drugiej strony Rosja doświadczyła jeszcze większego skoku. W tym sensie uważam, że taki wzrost nierówności jak w Polsce nie jest czymś normalnym – powiedział „Rzeczpospolitej".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA