fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Irlandczyk". Straszne rzeczy o solidarności

Robert de Niro i rewelacyjny Joe Pesci
AFP
„Irlandczyk" jest wybitnym obrazem wielkiego mistrza, który pod koniec kariery pokłada nadzieję już tylko w prawdzie sztuki filmowej.

Jeśli zaś chodzi o życie, Scorsese jest nadziei pozbawiony, a i nam odbiera złudzenia w kwestii rządzących Ameryką. A to przecież metafora świata.

Oczywiście mamy w pamięci „House of Cards" rozgrywający się w Białym Domu, gdzie urzęduje teraz Donald Trump, którego afery obyczajowe i powiązania napawają wszystkim poza optymizmem. Serial z Trumpem, pomimo że pokazał perspektywę finałowego impeachmentu, wciąż jest jednak w fazie pisania scenariusza i nie wiadomo, czy trafi do produkcji. Tymczasem „Irlandczyk" jest po premierze i i już budzi przerażenie.

Przeczytaj też recenzję Marcina Kube: Gansterski klub seniora

Między bajeczki można włożyć pijarowskie slogany Netflixa, które nakierowują naszą uwagę na konwencję retro i nostalgiczne spotkanie Scorsese z równie wybitnymi aktorami. Z kolei wersja eksponująca jako główny motyw niewyjaśnioną do dziś śmierć szefa związków zawodowych Jimmy'ego Hoffy to tylko wierzchołek góry lodowej. Ale gdy roztrzaska się o nią naiwność i idealizm widza, musi zajrzeć głębiej, by zobaczyć, co się dzieje w mętnej wodzie polityki i jakie żerują tam rekiny.

Scorsese oraz znakomity scenariusz Stevena Zailliana burzy wielki amerykański mit Johna Kennedy'ego. Oczywiście liczne publikacje od lat mówią o powiązania Kennedych z mafią. Również w Polsce, na Malta Festival, pokazano „The Truth about the Kennedys" Luca Percevala, który przez bite trzy godziny wyliczał przestępstwa rodziny prezydenta USA, które utorowały mu drogę do władzy nad największą światową potęgą. Ale to film jest najważniejszą ze sztuk, w nim zaś królowała lewicowa fantazja „JFK" Olivera Stone'a o wspaniałym przywódcy zabitym przez prawicowych oszołomów.

Scorsese czuł się w obowiązku dodać ważne szczegóły. Zaś to, że wątek wyniesienia do władzy Kennedy'ego przez włoską mafię jest pokazany w tle, nie jest tego faktu postponowaniem, a tylko podkreśleniem, że kto inny niż prezydent trzymał władzę. I tak jak pomógł zdobyć prezydenturę, tak gdy najważniejszy polityk świata nie dotrzymał umowy z mafią – padł ofiarą wendety. Prawda, że straszne?

Patrząc na słabą już mimikę Roberta de Niro czy kłopoty ruchowe Al Pacino, można się zastanawiać, czy nie było grzeszkiem kolesiostwa zaproszenie na plan filmu o budżecie 175 mln dolarów aktorów, z którymi reżyser pracował przez lata i jest zaprzyjaźniony? A przecież Scorsese, oddając hołd sobie i swoim aktorom, użył chwytu stosowanego często w teatrze, gdzie nową kreację aktora pomaga zrozumieć jego wcześniejszy dorobek.

Mówiąc wprost: reżyser wywindował tam, gdzie decydują się losy Ameryki, bohaterów, którzy we wcześniejszych filmach grali mafiosów mniejszych lub większych. Nigdy jednak nie operowali najważniejszymi politykami jak marionetkami niczym ojciec chrzestny na plakacie arcydzieła Francisa F. Coppoli. Teraz Scorsese, cytując zresztą melodię z klasycznego filmu kolegi, uczynił z myśli „mafia rządzi polityką" refren swojego nowego hitu.

Oczywiście można sobie wmawiać, że „Irlandczyk" to takie „Dawno temu w Ameryce 2", które – co zaznacza reżyser biograficznymi wklejkami – skończyło się śmiercią mafiosów około 1980 r. Ale przecież Scorsese osiągnął mistrzostwo Szekspira, który najskuteczniej pozbawiał złudzenia w kwestii, kto dochodzi na szczyty władzy. A jeśli jest z niego strącony – to przez jeszcze gorszych niż on. To zaś oznacza, że o straszniejszych niż „Irlandczyk" współczesnych historiach na razie opowiedzieć się nie da. Ale to kwestia czasu.

My też nie powinniśmy spać spokojnie. Scorsese zna polskie filmy i polską historię, był honorowym patronem serii klasyków polskiego kina, wydanej na płytach i pokazywanej w najbardziej prestiżowych salach Ameryki. I nie bez powodu pokazuje, że związki zawodowe są powiązane z mafią, faktyczną lub polityczną. Nie bez powodu pokazał też, jak szef związku zawodowego o podejrzanej biografii, stanął na czele robotniczego ruchu, szermując hasłem „Solidarność". A hasło to pada w dwóch ważnych scenach. Czyżby reżyser chciał powiedzieć, że solidarność może zdarzyć się między zwykłymi ludźmi, ale wśród tych, którzy trafiają na szczyt władzy, jest tylko politycznym frazesem?

Są jeszcze co najmniej dwa pytania i gdybyśmy znali na nie odpowiedź, może nie chciałoby się nam uczestniczyć w życiu publicznym. Pierwsze brzmi: Co na ten temat w szczerej rozmowie z samym sobą lub z Bogiem, a może i diabłem, mógłby powiedzieć przywódca ruchu, który dał światu najwięcej nadziei od czasu II wojny światowej, czyli Lech Wałęsa?

I drugie: Co myśleli amerykańscy kongresmeni, wiedzący jak się robi wielką politykę, gdy Wałęsa miał dla nich świetny speech o Solidarności w 1989 r., w tym przesławnym roku wielkich polskich nadziei? Jakby nie było – show must go on!

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA