fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Weronika Rosati: Jeżeli spotykam innych pasjonatów, to uwielbiam pracę na planie

materiały prasowe
- Film Lecha Majewskiego jest bajką dla dorosłych. I nie można powiedzieć, że odgrywam w nim jeden do jeden postać Elizabeth, tylko wizję reżysera. Przejęłam jej ruchy, mimikę, natomiast nie jest to kalka prawdziwej osoby – mówi serwisowi rp.pl Weronika Rosati, która wystąpi w roli Elizabeth Taylor w filmie „Brigitte Bardot Cudowna”, który w kinach ukaże się w 2020 roku.

"Rzeczpospolita": Zagrała pani główną kobiecą rolę w filmie „Send It. The movie” w reżyserii Andrew Stevensa. Kiedy widzowie będą mogli ujrzeć panią na wielkim ekranie w tej produkcji?

Weronika Rosati: Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Pracowaliśmy nad nim w zeszłym roku w czasie wakacji. Kręciliśmy go w północnej Karolinie oraz na Majorce i można powiedzieć, że miałam połączoną pracę z wakacjami. Ale wracając do pytania, ciężko mi powiedzieć kiedy odbędzie się premiera. Gdy dwa, czy trzy miesiące temu kontaktowałam się z reżyserem, otrzymałam informację, że film jest w postprodukcji. Ale nie śledzę tego na bieżąco, ponieważ mam taką zasadę, że gdy skończę pracować nad jednym filmem, przechodzę do następnej produkcji. Mój agent z Polski śmieje się, że bardziej zależy mi na zdobyciu roli, niż na tym, co się będzie z nią dalej działo.

Praca nad tym filmem była wyjątkowa również z tego powodu, że jest to kino niezależne. Nie było tu takiego spięcia czasowego, jak jest w przypadku polskich produkcji. Chociaż wolę intensywniejsze tempo pracy, to przyznaję, że „Send It. The movie” uważam za wyróżniającą się produkcję. Myślę, że wpływ ma na to nie tylko to, gdzie kręciliśmy film, ale również, że można było go zrobić dwa razy szybciej, a tego nie zrobiono, choć nie mieliśmy żadnych opóźnień.

Grała pani u boku m.in. Patricka Fabiena, Kevina Quinna, Denise Richards, czy 2Chainz. Jak współpracuje się z takimi postaciami?

Fantastycznie mi się z nimi pracowało! Bardzo lubię współpracować z osobami z różnych światów filmowych. Ale nie zaskoczyli mnie niczym. Kevin jest wielką gwiazdą Disney’a; można powiedzieć, że bożyszczem nastolatek w Stanach, a prywatnie to bardzo fajny, normalny chłopak. Ale dla mnie nie ma znaczenia, czy pracuję z gwiazdą, czy nie. Jeżeli spotykam na swej drodze pasjonatów, to uwielbiam z nimi współpracować. W tej produkcji podobało mi się również, że było bardzo wielu nastolatków, czy dwudziestolatków na planie, a każdy z nich bardzo profesjonalnie podchodził do wykonywanej pracy.

Artur Żmijewski mawiał: „Każdego z nas przypisuje się do jakiegoś konkretnego typu. Naszym najważniejszym zadaniem w zawodzie aktorskim jest łamać te stereotypy”. Patrząc na rolę w „Send It. The movie”, można powiedzieć, że rozprawiła się pani z przypisywanym szablonem?

Nie wiem, ponieważ jest to film bardzo lekki. Jest kierowany do młodszej widowni, głównie do nastolatków. To nie jest ambitne kino, tylko produkcja czysto komercyjna. Występuję tam w roli agentki sportowców, a takiej roli jeszcze nie miałam. Staram się za każdym razem przełamywać stereotypy. Chociażby teraz wcielam się w serialu „Zawsze warto” w postać Marty - prawniczki, która walczy o prawa pewnej kobiety. Będąc Martą staję się introwertyczką, która jest bardzo ambitna, ale ma znacznie trudniej w świecie prawniczym, niż mężczyźni. Z kolei w „M jak miłość” jestem taką femme fatale. I tu jestem bardzo pewna siebie, kobieca.

Na przestrzeni ostatnich trzech lat grałam bardzo różne postaci. Na przykład w serialu „Nie z tego świata”, który reżyseruje John Badham, twórca „Gorączki sobotniej nocy”, występowałam w roli francuskiej agentki, gdy akcja toczyła się w czasie drugiej wojny światowej. Zagrałam również w serialu „The Detour”, który jest hitem w Stanach. Wcieliłam się tam w rolę Rosjanki, która próbuje pozyskać bogatego męża. Jest to komedia, więc jest to jeszcze inne emploi.

Wystąpiła pani również w filmie „Brigitte Bardot cudowna”, który swą premierę ma mieć w 2020 roku. Jak duże problemy miała pani przy wcieleniu się w postać Elizabeth Taylor?

To nie jest do końca Elizabeth Taylor, tylko jej wersja. Film Lecha Majewskiego jest to bajka dla dorosłych. I nie można powiedzieć, że gram w nim jeden do jeden postać Elizabeth. Przejęłam jej ruchy, mimikę, natomiast nie można powiedzieć, że rola jest identyczna z prawdziwą osobą. W produkcji Lecha Majewskiego gram Kleopatrę, ale nie kalkujemy pierwowzoru. Jest to niesamowita produkcja, ponieważ cała akcja rozgrywa się w śnie głównego bohatera.

I też nie można powiedzieć, że było to łatwe zadanie. Elizabeth zagrała Kleopatrę w bardzo oszczędny sposób; tzn. chodzi o to, że wszystkie emocje zawarła w oczach. Jej spojrzenia, mimika spowodowała, że aktor grający u jej boku przeglądając nagrania po nakręceniu filmu, powiedział że to on grał za bardzo emocjonalnie i to on źle wypadł przy niej.

Elizabeth Taylor jest jedną z mych największych inspiracji i powodów, dla którego zostałam aktorką. Myślę, że jest to jedyna osoba, o której mogę powiedzieć, że jest dla mnie wzorem. Widziałam wszystkie jej filmy. Przeczytałam wszystkie książki i wywiady, które udzieliła, ale nigdy osobiście jej nie poznałam. Sądzę, że najbliżej niej byłam, gdy po dwóch miesiącach od śmierci, weszłam do jej domu. 

Jak występowanie w filmach, to tylko w zagranicznych produkcjach, a jak w serialach, to tylko w Polsce?

Nie, broń Boże. Po prostu tak się akurat teraz ułożyło. Gdy byłam w ciąży nie mogłam grać, a później postanowiłam się poświęcić córeczce. Ale gdy przyszła propozycja od Michała Kwiecińskiego, bym w serialu „Zawsze warto” wcieliła się w rolę Marty, nie mogłam odmówić. Od zawsze chciałam współpracować z Michałem, ponieważ uznaję go za jednego z najważniejszych twórców filmowych w Polsce. Ale sądzę, że wpływ na moją decyzję ma również rola. Poznając się z tym projektem, przyznałam, że nigdy nie czytałam tak dobrego scenariusza polskiego serialu.

Natomiast jeżeli chodzi o film, to propozycja gry w „Send It. The movie” nadeszła, gdy moja córeczka miała pół roku. I to produkcja się dostosowała do mnie, wynajmując fantastyczny dom i opłacając koszt pobytu mamy, która zajmowała się dzieckiem, gdy byłam na planie. I zdecydowałam się zagrać w tym filmie, ponieważ uznałam, że jest to bezbolesne dla dziecka. Ale myślę, że jednak mimo wszystko gra w zagranicznych filmach, a w polskich serialach jest bardziej przypadkiem, niż świadomym działaniem. Dostosowuję teraz swą karierę do córki. I im będzie starsza, tym chętniej wezmę udział w jakiejś produkcji, która będzie wymagała dalekiego wyjazdu.

Pytając pani fanów, najczęściej pojawiło się pytanie: jak Weronika Rosati potrafi pogodzić grę w kraju znad Wisły i za Oceanem?

Różnie z tym bywa, ponieważ często plany zdjęciowe kolidują ze sobą. Głównym problemem jest to, że oba kraje są bardzo daleko od siebie. Gdy gram w Polsce, często zdarza się, że mam dwa plany jednego dnia i muszę się szybko przemieścić. Pamiętam pewien dzień zdjęciowy, który trwał trzydzieści dwie godziny, ponieważ pracowałam nad trzema projektami jednocześnie. Ale mimo wszystko łatwiej jest pogodzić występy nawet, które wymagają bycia w trzech różnych miejscach w Polsce, niż gdybym miała jednego dnia być na planie tutaj, a drugiego w Stanach. Jak kiedyś liczyłam to latam między tymi dwoma krajami od ośmiu do dziesięciu razy w ciągu roku. I choć takie podróże są wyczerpujące, to kocham to, co robię. Uwielbiam być zapracowana, a nie tkwić w marazmie.

„Dzięki gwiazdom czułam się jak normalny człowiek” – poznając słowa Beth Revis z „Miliona słońc” można powiedzieć, że odnajdujemy pani spojrzenie na grę w zagranicznych produkcjach?

To jest bardzo trudne pytanie, ponieważ gram z gwiazdami kina od piętnastego roku życia. Nie do końca pamiętam inną rzeczywistość. I choć współpracuję z niesamowitymi ludźmi, to nie patrzę na nich, jak na gwiazdy. Możliwe, że dlatego, że jestem do tego już przyzwyczajona. Ale rzeczywiście bywają takie momenty, kiedy jestem pod ogromnym czyimś wrażeniem. I było tak co najmniej dwukrotnie. Pierwszy raz, gdy poznałam Kirka Douglasa. Było to dziesięć lat temu i akurat nie na planie filmowym. Widząc go, nie mogłam przejść obojętnie. Gdy położyłam mu rękę na ramieniu i powiedziałam, że jest jednym z mych idoli, uśmiechnął się szarmancko i odpowiedział jakimś komplementem. Sądzę, że można powiedzieć, że mam szczęście, ponieważ poznałam między innymi Ernesta Borgnine’a i wielu innych, którzy byli gigantami w swoim czasie, a już nie żyją. Ale jak wspominałam, osób jakie spotykam na planie, nie traktuję jako gwiazdy, tylko jako osoby, od których mogę czerpać naukę.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA