fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Filip Memches: O potrzebie prawicy alternatywnej

Filip Memches
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Dwa tygodnie temu opublikowaliśmy sylwetkę Milo Yannopoulosa autorstwa Huberta Kozieła. Bohater tekstu okazał się tajną bronią Donalda Trumpa.

Ten publicysta serwisu internetowego Breitbart News, zdeklarowany homoseksualista, a zarazem... praktykujący katolik o grecko-żydowskich korzeniach, jest twarzą amerykańskiej alt-right (alternatywnej prawicy) – ruchu, który konserwatyzm propaguje za pomocą środków, wydawałoby się, zarezerwowanych dla kontrkultury i lewicy.

Zjadliwa autoironia zamiast kiczowatego patosu – tak można scharakteryzować retorykę Yannopoulosa. Publicysta atakuje feminizm i islam, ale i nie waha się szydzić ze swojej własnej orientacji seksualnej (określa siebie mianem „niebezpiecznego pedała"), czym wprawia w konsternację bigotów poprawności politycznej, dla których kąśliwe uwagi pod adresem homoseksualistów to przejaw „mowy nienawiści".

Dzięki takim ludziom jak Yannopoulos – konkluduje Kozieł – z konserwatyzmu zostało zdjęte odium obciachu. A kandydat Partii Republikańskiej pozyskał wyborców wcześniej sobie niechętnych.

Zastanawiałem się, czy i w Polsce nie jest potrzebna alt-right. I zdałem sobie sprawę, że już ją mieliśmy. Pojawiła się w pierwszej połowie lat 90. XX wieku.

Chodzi o środowisko kwartalnika „Fronda", którego ówcześni szefowie Grzegorz Górny i Rafał Smoczyński prowokacjami intelektualnymi i artystycznymi przełamywali stereotypy dotyczące polskiej prawicy, utożsamianej bądź co bądź z przaśnymi i kruchcianymi klimatami.

Na pierwszy rzut oka młodzieńczy zgryw – a nim właśnie szermowało to czasopismo – ma znacznie więcej wspólnego z punkową abnegacją niż powagą konserwatywnego przesłania. Tak więc apologia Kościoła katolickiego z użyciem postmodernistycznych środków wielu jego wiernym mogła się jawić jako coś z gruntu podejrzanego.

„Fronda" to jednak bezpowrotnie miniona przeszłość. Co w takim razie z dzisiejszą alt-right nad Wisłą? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim wskazać grupy społeczne, których lewicowo-liberalne salony III RP używają jako swojego mięsa armatniego.

Polska stała się od końca drugiej wojny światowej krajem jednolitym pod względem etnicznym i religijnym. W tym sensie różni się od USA. W takich warunkach obsesją lewicowo-liberalnych salonów III RP jest rzekoma kulturowa dyktatura Polaków katolików, która ma się wyrażać między innymi w ekscesach antysemickich oraz prześladowaniu śniadolicych uchodźców z Bliskiego Wschodu i północy Afryki.

Twarzami alt-right w wersji polskiej powinni być zatem przedstawiciele mniejszości etnicznych i wyznaniowych, mający dystans do tego, kim są, i zdający sobie sprawę z tego, że część środowisk opiniotwórczych usiłuje na nich zbić kapitał polityczny. To oni najlepiej się nadają do tego, żeby wykazywać, iż rozmaite KOD-owskie autorytety traktują wszelką odmienność instrumentalnie.

Wystarczy, że ktoś, kto znany jest ze swojego pochodzenia żydowskiego, nie chce, „żeby było tak, jak było", i ze zrozumieniem podchodzi do intencji przyświecającym przeprowadzeniu „dobrej zmiany", a może na swój temat usłyszeć: „Najgorsi są Żydzi, którzy wysługują się prawicy".

Nic tak nie obnaża zakłamania lewicowo-liberalnych tropicieli ksenofobii jak ich wrogość wobec tych przedstawicieli mniejszości etnicznych i religijnych, którym bliżej jest do Radia Maryja niż „Gazety Wyborczej".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA