fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Witold M. Orłowski: Podatni na zarażenie

AFP
Chińcyki trzymają się mocno? – pytał 120 lat temu Czepiec Dziennikarza. I to samo pytanie powinniśmy dzisiaj zadawać wszyscy, bo wszystkich nas to obchodzi. Polskę też.

Tydzień temu pisałem, dlaczego cały świat aż tak bardzo przejmuje się epidemią koronawirusa w Chinach (dla przypomnienia: bo dzięki narosłym przez dekady finansowym nierównowagom Chiny są dziś wymarzoną ofiarą dla wirusa, a gospodarcze i polityczne konsekwencje epidemii mogą być nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do rzeczywistego odsetka chorych). Teraz chcę napisać, dlaczego powinniśmy się tym martwić i my, w Polsce.

Nie ma wątpliwości, że odczujemy ekonomiczne skutki epidemii. Linie lotnicze uziemiły swoje loty. Zamknięte od tygodni chińskie fabryki wstrzymały wysyłkę towarów, którymi zapełniały półki handlowe całego świata. Spadł eksport krajów powiązanych gospodarczo z Państwem Środka. Azjatyckie giełdy poszybowały w dół. Na razie aż tak bardzo nas to nie boli. Gdyby jednak w Chinach doszło do naprawdę poważnego kryzysu, odczulibyśmy to naprawdę mocno.

Nie tylko Chiny są dziś wymarzoną ofiarą dla wirusa, my w pewnym stopniu też. Problem w tym, że Polska jest również bardzo podatna na zarażenie, a wywołane nim powikłania mogą być naprawdę groźne. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że mamy wyraźnie spowalniającą gospodarkę. Wprawdzie Chiny to tylko 1 proc. naszego eksportu, ale nie należy się tym przedwcześnie cieszyć. Polska gospodarka jest ściśle powiązana z zachodnioeuropejską, a zwłaszcza niemiecką. A tymczasem dla zachodniej Europy Chiny stanowią jeden z najważniejszych rynków. Dla nastrojów Niemców, którzy sprzedają dziś trzy razy więcej samochodów w Chinach niż u siebie w kraju, tamtejsza koniunktura ma znaczenie fundamentalne. Więc jeśli kryzys doprowadzi do jej pogorszenia, rezultaty szybko i boleśnie zobaczymy również w naszym eksporcie i PKB.

Po drugie, zawirowania w chińskiej gospodarce mogą przełożyć się na wzrost cen wielu towarów (powoli zaczyna być to widać w światowych cenach żywności). A to dla nas znów bardzo zła wiadomość, bo problem inflacyjny mieliśmy na głowie i bez chińskiej epidemii. Można się pocieszać, że spowolnienie globalnego rozwoju obniży ceny wielu surowców, a zwłaszcza ropy. Ale to z kolei doprowadzi do spadku cen węgla i rozjuszy naszych górników

No i po trzecie – wybuch prawdziwego, wielkiego kryzysu finansowego w Chinach może oznaczać kolejny globalny kryzys, być może o skali porównywalnej z tym z roku 2008. Normalną reakcją inwestorów jest w takiej sytuacji ucieczka do bezpieczeństwa, czyli zakup dolarów, euro i franków szwajcarskich, a wyprzedaż aktywów z rynków wschodzących. Czy bardzo dotknęłoby to Polski, nie wiadomo (na pewno znacznie silniej ucierpiałyby kraje azjatyckie). Ale znaczne osłabienie złotego też przełożyłoby się na wyższą inflację.

Nie ma co ukrywać: na skutek niezbyt szczęśliwego splotu okoliczności, a także na skutek podejmowanych w ciągu ostatnich lat przez rząd i NBP decyzji zarażenie wirusem z Chin może dziś być dla nas bardzo groźne. Więc trzymajmy kciuki za to, żeby do prawdziwego kryzysu tam nie doszło.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA