fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Mariusz Cieślik: Liryczny podmiot, czyli Lady Pank

Janusz Panasewicz, Lady Pank
Janusz Panasewicz, Lady Pank
Fotorzepa/ Sławomir Mielnik
Na co komu dziś wczorajszy przebój? Bardzo dobre pytanie – jak mówi klasyk.

Muszę powiedzieć, że z zaciekawieniem obserwuję awanturę o piosenkę Lady Pank sprzed ćwierć wieku, która niby to promuje pedofilię i rasizm. Jeśli ktoś nie wie, o czym mowa, wyjaśniam.

Otóż, jak w „Żarcie” Kundery opowiadającym o czasach stalinizmu, zaczęło się od listu. Potem sprawa przetoczyła się przez cały polski internet, zmuszając do tłumaczeń i wokalistę Janusza Panasewicza, i menedżera Lady Pank, od których domagano się samokrytyki. We wspomnianym liście do „Wysokich Obcasów” autor zapytał, kiedy wreszcie ktoś zrobi porządek z piosenką „Na co komu dziś”. Poszło o fragment: „Chciałem być sobą za wielką wodą/ Na czekoladę poczułem chęć/ Była namiętna, bardzo nieletnia/ I dobrze znała refrenu sens”. Nadawcę listu oburzyło, że radio wciąż gra utwór, gdzie mówi się o „bardzo nieletniej” „czekoladzie”, a zaraz obok znajduje się fragment o Japończyku, co to do lustra pił: „Pytam żółtego: powiedz, dlaczego też jesteś smutny?”.

No, powiedzmy sobie szczerze, Miłosz to nie jest ani nawet Osiecka. Te częstochowskie rymy rzeczywiście kłują w uszy. Naprawdę trudno uwierzyć, że tak zły tekst napisał Bogdan Olewicz. Ten sam, który ma na koncie „Deszcz w Cisnej” Krystyny Prońko czy „Autobiografię” Perfectu. Ale cóż, połowa lat 90. to przecież czasy triumfu disco polo i w ogóle muzycznego paździerza. A że melodia wpada w ucho, temu chyba nikt nie zaprzeczy. I pewnie stąd cała sprawa.

Nie czuję się komfortowo, broniąc grafomańskiego tekstu, ale w imię wolności słowa trzeba powiedzieć, co następuje. Jeśli rozpoczniemy obyczajową lustrację dzieł kultury (także tej pop), skończy się to cenzurą wykluczającą z obiegu np. arcydzieło takie jak „Lolita” Władimira Nabokowa. „Na co komu dziś” to piosenka. Marna, bo marna, ale fikcja literacka. We fragmencie o Ameryce autor ewidentnie posługuje się kategoriami polonusa z Greenpointu. Takiego, jakiego znamy choćby z powieści Redlińskiego „Szczuropolacy” czy jej adaptacji filmowej „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Jeśli ktoś tego nie rozumie, powinien wrócić do szkoły podstawowej i ponownie przerobić lekcję o odróżnianiu autora od podmiotu lirycznego. Aż głupio, że komuś trzeba tłumaczyć takie rzeczy. Ale coś mi się zdaje, że trzeba to będzie robić coraz częściej.

Autor jest publicystą, scenarzystą i satyrykiem

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA