fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja i wychowanie

Z woli czy pomimo woli Narodu? - o czytelności ustaw Krzysztof Szczucki

123RF
Niepoprawnie o konstytucji | Nierzadko uchwalane ustawy napisane są nieczytelnie.

Niedawno minister nauki i szkolnictwa wyższego ogłosił projekt ustawy całkowicie reformującej system szkolnictwa wyższego. Jego celem jest nie tylko uporządkowanie obecnego systemu, jego częściowa deregulacja, ale przede wszystkim stworzenie warunków pozwalających na umiędzynarodowienie uczelni. Ktoś mógłby zapytać, co w tym nadzwyczajnego. Kolejny minister, który ogłasza swój pomysł na poprawienie otaczającej nas rzeczywistości. Nic takiego szczególnego – w końcu takie jego zadanie. Bardziej zaskakują zrealizowane z sukcesem projekty aniżeli sam fakt ich przygotowania. O reformie szkolnictwa wyższego można by dyskutować długo, zwłaszcza jeżeli jest się bezpośrednio zainteresowanym jej założeniami. Nie to jednak jest priorytetem z perspektywy konstytucyjnej. Z reformy opracowanej pod kierunkiem Jarosława Gowina, a właściwie z metody pracy nad nią wyłania się zagadnienie znacznie ważniejsze, o znaczeniu dla nas wszystkich.

Abstrahując od samej treści opracowanej ustawy, była ona przygotowywana w długich konsultacjach, otwartych na wszystkich zainteresowanych, publicznych i bardzo transparentnych. Tematyka złożona, interesy uczestniczących podmiotów różne, więc prace nie trwały też krótko. Ponad rok minął od rozpoczęcia prac do przygotowania projektu. Projekt ogłoszono, dobre słowo o sposobie jego przygotowania wypowiedzieli nawet przedstawiciele opozycji, ale – jak to niestety bywa, kiedy jest zbyt dobrze – na autorów ustawy wylano kubeł zimnej wody. Nastroje popsuł szef klubu parlamentarnego partii rządzącej, który, pytany o projekt, stwierdził nie tylko, że zawiera on dziwne rozwiązania, ale do tego nie był przedstawiony posłom i z nimi uzgodniony, co może skutkować tym, że z góry jest skazany na porażkę.

Napięcie, które narosło wokół wydawałoby się mało kontrowersyjnej politycznie reformy szkolnictwa wyższego, doskonale ilustruje problemy polskiej procedury legislacyjnej, czyli sposobu, w jaki uchwalane są ustawy. Z jednej strony mamy projekt ustawy szeroko konsultowany z Narodem, zwłaszcza z osobami żywo zainteresowanymi jego treścią, a z drugiej – ustawy często pisane na kolanie, z nikim nie konsultowane, tworzone z myślą: „Przecież przedstawiciele Narodu wiedzą lepiej". Po co więc słuchać, po co debatować, po co ucierać swoje stanowiska, przecież i tak parlamentarzyści są już przekonani, jakie rozwiązanie będzie dla nas najlepsze. Jak różnie można rozumieć piękną łacińską sentencję hominum causa omne ius constitutum sit – wszelkie prawo powinno być stanowione ze względu na człowieka.

Nie jest to problem jakiegoś konkretnego polskiego rządu czy konkretnej większości parlamentarnej. Podobne zjawiska można zaobserwować niezależnie od opcji politycznej, która sprawuje władzę. Oczywiście, każda deklaruje, że w jej przypadku sposób uchwalania prawa spełni najwyższe standardy. Chciałbym zgodzić się z twierdzeniem, że rząd i parlament, mając do dyspozycji wielu znakomitych fachowców, są w stanie lepiej ocenić sytuację niż przeciętny obywatel, który nie dysponuje odpowiednimi narzędziami. Takie twierdzenie nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistością. Nierzadko uchwalane ustawy napisane są nieczytelnie, zawierają liczne błędy redakcyjne, nieprzemyślane rozwiązania, a do tego są niespójne z innymi ustawami. Nazbyt często ustawy trzeba poprawiać, jeszcze zanim wejdą w życie. Jest to niewątpliwie powiązane z zauważaną ostatnimi laty inflacją prawa, powodowaną ogromną liczbą aktów prawnych uchwalanych podczas każdego posiedzenia Sejmu.

Odpowiedzią na nadprodukcję ustaw, której teraz doświadczamy, może być odwołanie się do zdrowego rozsądku obywateli, chcących przede wszystkim dobra swojego, swoich rodzin oraz swojego otoczenia, a więc dobra wspólnego. Warto rozważyć wprowadzenie do konstytucji mechanizmów, które pozwolą włączyć nas w proces stanowienia prawa. Nie trzeba szczególnie dużo. Przecież prezydent obok prawa do weta lub do kierowania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, mógłby mieć kompetencję do zarządzenia referendum, w którym pytałby obywateli o to, czy powinien daną ustawę podpisać, zwłaszcza w sprawach tak ważnych dla społeczeństwa, jak chociażby emerytury czy oświata. Wynik negatywny oznaczałby, że ustawa trafiałaby od razu do kosza. Dzięki temu referendum zyskałoby efekt realnie wiążący.

Innym ciekawym pomysłem jest wprowadzenie do katalogu źródeł prawa nowej kategorii ustaw organicznych, czyli regulujących najważniejsze sprawy dla obywateli. Ich uchwalenie wymagałoby kwalifikowanej większości głosów w parlamencie, a więc współpracy rządzących z opozycją, a moc takiej ustawy byłaby równa konstytucji. Należy się zastanowić, czy ustawy dotykające spraw najbardziej wrażliwych społecznie, w tym kodeksy, powinny być uchwalane naprędce, nierzadko na potrzeby bieżącego sporu politycznego. A wszystko kosztem obywateli i sprawności instytucji. Przecież hominum causa omne ius constitutum sit...

Autor jest adiunktem w Katedrze Prawa Karnego Porównawczego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA