fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja i wychowanie

Plagiat w pracy magisterskiej ciężko wychwycić

123RF
Kontrola antyplagiatowa na uczelni nie działa jak powinna. Winne są niedoskonałe systemy, ale i promotorzy.

Dopiero za trzy lata szkoły wyższe będą musiały sprawdzać przy użyciu systemu antyplagiatowego, czy studenci nie dopuścili się kradzieży intelektualnej. Miały to robić już w tym roku, ale obowiązek przesunięto. I dobrze, bo Otwarty System Antyplagiatowy, który miał służyć części uczelni do wywiązania się obowiązku, jak zaznaczają przedstawiciele szkół, nie działa, jak powinien. Np. przy sprawdzaniu pracy na temat Immisji pośrednich wskazał, że autor splagiatował... artykuł o muzyce undergroundowej z lat '70, artykuł o poezji łotewskiej i książkę o argumentacji polityków w przekazach medialnych.

- Najpopularniejszym plagiatowanym materiałem na wydziale prawa UW był jednak artykuł o sytuacji homoseksualistów w USA –ujawnia jeden z tegorocznych absolwentów.

Niekorzystne testy

O nieprzydatności systemu mówią sami promotorzy prac.

- System wykazuje rzekome zapożyczenia, które nie mają nic wspólnego z tematyką pracy dyplomowej. Użyteczność programu jest więc znikoma – mówi prof. Krzysztof Pietrzykowski, który przygotował na posiedzenie rady wydziału prawa wystąpienie z zarzutami co do działania tego systemu.

Także władze innych szkół wyższych dostrzegły jego mankamenty.

- Testy przeprowadzane na naszej uczelni wypadały bardzo niekorzystnie, dlatego chyba żaden z wydziałów nie zdecydował się na to, by obowiązkowo używać systemu – mówi Jarosław Płuciennik, prorektor ds. programów i jakości kształcenia Uniwersytetu Łódzkiego. I dodaje, że nie wyklucza jednak, że gdy system zostanie ulepszony, uczelnia zacznie z niego korzystać.

- Słyszałam negatywne opinie dotyczące Otwartego Systemu Antyplagiatowego. Dlatego na naszym wydziale nie jest on obowiązkowy – mówi prof. Krystyna Chojnicka, dziekan wydziału prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. I dodaje, że sprawdzanie prac systemem antyplagiatgowym na wydziale prawa jest utrudnione. System wykazuje bowiem zapożyczone frazy, a na prawie trzeba przytaczać w pracy dyplomowej i treść przepisów, i treść orzeczeń sądowych. Wyniki bywają więc przekłamane. Nic nie zastąpi dobrego oka promotora.

Twórcy systemu podkreślają, że stanowi on jedynie narzędzie pomocy promotorom.

- Otwarty System Antyplagiatowy nie feruje żadnych werdyktów. Wskazuje jedynie podobieństwa badanych prac do tekstów referencyjnych i pozostawia ocenę promotorowi. Ostateczna decyzja zawsze należy do człowieka – tłumaczy Prof. Marek Kowalski, współtwórca OSA.

Zgodnie z ostatnią nowelizacją ustawy prawo o szkolnictwie wyższym za trzy lata powstanie jeden system antyplagiatowy, który zapewni porównywanie prac ze zgromadzonymi w repozytorium. Jego wykonanie i administrowanie nim minister będzie mógł zlecić instytutowi badawczemu. W opinii przedstawicieli ministerstwa nauki i szkolnictwa wyższego , przy tworzeniu systemu dla wszystkich polskich uczelni powinno zostać wykorzystane doświadczenie jak najszerszego grona ekspertów, także tych tworzących Otwarty System Antyplagiatowy. Tego, w jakim stopniu ministerialny system będzie się wzorował na OSA, nie wiadomo.

Zbyt mało promotorów

Kontroli antyplagiatowej przyjrzała się jakiś czas temu Najwyższa Izba Kontroli. Zgodnie z przedstawionym przez nią raportem nieskuteczne są nie tylko systemy antyplagiatowe, ale i opieka promotorska. Część zbadanych podczas kontroli prac zawierała nieuprawnione zapożyczenia. Zdaniem NIK jedną z przyczyn jest przypisywanie promotorom nadmiernej liczby studentów - zdarzało się, że w jednym roku akademickim pod kierunkiem jednego promotora pracę pisało ponad 100 osób.

Podczas kontroli NIK przeankietowano studentów z różnych uczelni. Aż 12 proc. badanych stwierdziło, że znane są im przypadki, kiedy praca kupiona w internecie została pozytywnie obroniona.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA