fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

Prof. Robert Flisiak: Skazani na walkę z wirusami

Lekarze prognozują, że zainteresowanie szczepieniami wróci, kiedy liczba zakażeń znów będzie rosła
shutterstock
Rodziny zmarłych na Covid-19 nie mają wątpliwości, czy się szczepić – mówi prof. Robert Flisiak, lekarz zakaźnik.

Trwa walka o to, by przeciwko Covid-19 zaszczepiło się jak najwięcej osób. Jak pan ocenia te działania?

Nie wiem, czy ta walka ma sens, bo teraz już się nikogo do szczepień nie zmusi. Wszelkie możliwe promocje, zachęty zostały już wykorzystane. Polacy nie palą się do jakichkolwiek szczepień, więc mogliśmy przewidzieć, że dynamika będzie słabnąć.

Ale w Polsce ruchy antyszczepionkowe nie są jeszcze tak silne jak w innych krajach. Wciąż powszechnie szczepi się dzieci.

Liczba odmów zaszczepienia dzieci niestety rośnie. Jednak co do zasady akceptujemy fakt, że dzieci muszą być szczepione. Natomiast Polacy do szczepienia dorosłych od zawsze podchodzili sceptycznie, co widać po corocznym szczepieniu przeciw grypie. Dlatego uważam, że taka wolność wyboru, jaka jest obecnie, nie do końca się sprawdza. Myślę nawet, że jeśli jesienią znów trzeba będzie wprowadzić lockdown i będzie on większy w tych firmach, w których jest mniej zaszczepionych osób, to sami pracodawcy znajdą sposób, by „motywować" do szczepień osoby sceptyczne. Poza tym spodziewam się powrotu zainteresowania szczepieniami, gdy zacznie wzrastać liczba zachorowań, zwłaszcza gdy wprowadzone zostaną zapowiadane lokalne ograniczenia w regionach o niskiej wyszczepialności.

Czy to oznacza, że czwarta fala pandemii jest nieunikniona?

W naszej strefie klimatycznej normą jest, że infekcje powodowane przez koronawirusy pojawiają się sezonowo, to jest typowe dla tej rodziny wirusów. Dlatego możemy się spodziewać kolejnej fali jesiennej, bo wciąż mamy dużo osób nieuodpornionych. Na pewno będzie ona znacznie niższa od jesiennej 2020 i wiosennej 2021. Zachorowania dotkną niemal wyłącznie osoby niezaszczepione. Obecnie mówi się głównie o delcie. Ale coraz głośniej jest o lambdzie, a kolejne warianty pomału wykorzystują alfabet grecki i doszły już do joty. Jednak oczywiście nie wzbudzają one takich emocji jak wariant delta, który spowodował wzrost zakażeń w Wielkiej Brytanii. Warto jednak zwrócić uwagę, że w międzyczasie liczba zakażeń SARS-CoV-2 w Indiach, a więc w miejscu „narodzin" delty gwałtownie obniżyła się. Poza tym widać, że delta nie rozprzestrzenia się tak szybko jak alfa (wariant brytyjski) na początku roku, pomimo że jest bardziej zakaźna. Zawdzięczamy to w dużej mierze jednak znaczącemu już uodpornieniu zarówno naturalnemu, jak i będącemu następstwem szczepień.

Dlaczego akurat tan wirus się tak rozprzestrzenił?

Po pierwsze, Wielka Brytania w sposób historyczny i etniczny jest bardzo powiązana z Indiami, a więc nic dziwnego, że to tam delta znalazła europejski przyczółek. Po drugie, w momencie gdy pojawił się ten wariant, Brytyjczycy stosowali politykę wydłużania odstępu pomiędzy dawkami szczepionki, przez co dużo osób zostało zaszczepionych, ale poziom ich odporności nie był wysoki. W efekcie ryzyko wystąpienia choroby u osób po jednej dawce było większe niż po pełnym zaszczepieniu, ale jej przebieg jest jednak nawet w tych przypadkach łagodniejszy. To dlatego pomimo wzrostu liczby zachorowań nie obserwuje się w Wielkiej Brytanii tak dużego wzrostu liczby zgonów. Po uzyskaniu odporności poszczepiennej wirus, gdy dostanie się do organizmu, nie ma dobrych warunków do namnożania się. W organizmie osoby, która uległa zakażeniu, a była uodporniona, SARS-CoV-2 mnoży się ze znacznie mniejszą intensywnością, więc ryzyko rozwoju choroby i jej następstw, a także przeniesienia zakażenia na osobę ze sprawnym układem immunologicznym, jest znacznie mniejsze niż wtedy, gdy potencjalnym źródłem jest osoba niezaszczepiona. Aby uzyskać odporność, jesteśmy postawieni przed wyborem – albo się szczepisz, albo zakażasz się. Tylko ten drugi sposób to wysokie ryzyko kosztów społecznych i rodzinnych. Wśród rodzin, w których doszło do tragedii, nie ma dylematów, czy szczepić się, czy nie.

Rosnąca liczba zachorowań na Covid-19 to także pytanie o to, czy mamy jak leczyć chorych?

Przez półtora roku w ramach pracy Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych wypracowaliśmy pewne standardy postępowania oparte na wynikach badań, w tym własnych. Jednak niestety często na przeszkodzie skutecznemu leczeniu staje to, że pacjent zbyt późno się zgłasza. Dlatego nie zawsze jesteśmy w stanie zapanować nad złożonymi mechanizmami zakażenia SARS-CoV-2. Mamy lek przeciwwirusowy z udowodnioną skutecznością. Nawet gdybyśmy mieli znacznie lepszy i skuteczniejszy w zabijaniu wirusów, to pamiętajmy, że w przebiegu tej choroby najwyższe stężenie wirusa jest obserwowane przed wystąpieniem objawów. Czyli jeszcze wtedy, gdy nie wiemy, że jesteśmy zakażeni. Tak naprawdę, żeby zapobiec następstwom, które wywołuje wirus, powinniśmy zastosować leczenie przeciwwirusowe na dzień–dwa przed wystąpieniem objawów.

Trudno leczyć, jeśli nie wiadomo, czy ktoś jest chory.

Oczekujemy, że w najbliższym czasie pojawią się leki przeciwwirusowe, które będziemy mogli podawać osobom, które miały kontakt z zakażonym. Pozwoli to na zwalczanie wirusa, zanim zacznie się intensywnie namnażać i osiągnie swoje maksymalne stężenia. Pamiętajmy, że chorzy nie umierają w okresie wiremii. Zło dzieje się tydzień później, wtedy gdy zwykle już wirusa nie ma lub jest w śladowych ilościach. Wtedy leki przeciwwirusowe już nie działają, a my musimy hamować nadreaktywność zapalną organizmu, zwalczać burzę cytokinową czy zaburzenia krzepnięcia. Uważam, że profilaktyka poekspozycyjna będzie miała w przyszłości kluczowe znaczenie w zwalczaniu tej i przyszłych epidemii wirusowych.

Ostatnio pojawiają się doniesienia o nowym leku MK-4482/EIDD-2801 znanym pod nazwą molnupirawir, który ma hamować namnażanie i transmisję wirusa.

Ten lek jest aktualnie w trzeciej fazie badań klinicznych, która zadecyduje o jego przydatności, bo ostatecznie oceni skuteczność i bezpieczeństwo jego stosowania. Jest to lek stosowany doustnie, a więc może być stosowany w warunkach ambulatoryjnych. Co więcej, mógłby właśnie być stosowany w wypadku wystąpienia objawów u jednego z członków rodziny. Takie profilaktyczne zastosowanie wymaga jednak dalszych badań.

Czy można się spodziewać, że ten lek szybko trafi do Polski?

Na tym etapie wszystko zależy od tempa badań klinicznych, a jeżeli ich wyniki będą korzystne, to od rejestracji przez Europejską Agencję Leków (EMA). Ale warto pamiętać, że w ostatnich latach było szereg leków przeciwwirusowych, które bardzo szybko weszły do naszego arsenału w zwalczaniu zakażeń spowodowanych wirusami HIV, HCV czy HBV. Dobrym przykładem jest też stosowany w Covid-19 remdesivir, który w Polsce stał się dostępny bardzo szybko po rejestracji unijnej. Dlatego uważam, że w momencie kiedy badania będą zakończone i EMA zatwierdzi ten lek, nic nie stanie na przeszkodzie, by był dostępny też w Polsce. Dalsze losy to kwestia polityki finansowej państwa.

Raczej trudno się spodziewać refundacji w działaniach profilaktycznych.

To prawda, raczej będzie refundowany w pierwszej kolejności dla chorych. Trudno się spodziewać, aby refundowano chomikowanie i trzymanie na wszelki wypadek. Natomiast można sobie wyobrazić częściową refundację w okresach zwiększonej liczby zakażeń, co umożliwi lekarzom POZ wypisywanie do stosowania profilaktycznego, zwłaszcza gdy takie wskazanie znajdzie się w charakterystyce produktu leczniczego. Ale tymczasem nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Ta pandemia się skończy, ale pojawią się kolejne wirusy. Chodzi o to, że ten lek czy inne leki o podobnej strukturze mogą być skuteczne w innych zakażeniach.

Uniwersalny lek przeciwwirusowy?

Takiej absolutnej uniwersalności nie można się spodziewać. Ale mamy przykłady leków wysoce skutecznych w różnych zakażeniach wirusowych. Na przykład w zakażeniach HIV i HBV o bardzo różnej budowie i właściwościach można z powodzeniem stosować tenofowir. Pamiętajmy, że remdesiwir pierwotnie był testowany pod kątem leczenia eboli, a wspomniany molnupirawir w leczeniu grypy. Jeśli dysponujemy większym arsenałem gotowych leków o zbadanym profilu bezpieczeństwa, to zawsze jest szansa, że któryś z nich będzie aktywny wobec nowego wirusa.

Niebezpiecznych wirusów będzie więcej?

Wirusy były zawsze, choć większą rolę odgrywały zakażenia bakteryjne – największe żniwo zbierały trąd i dżuma. W średniowieczu były regiony, w których ginęło 90 proc. populacji. Stosunkowo niewiele wiemy o epidemiach wirusowych w tamtych czasach, ale pamiętajmy, że przerażenie nawet jeszcze w XX wieku siała ospa czy polio. Pamiętajmy, że zakażeniom wirusowym sprzyja mobilność ludzi, a także zbliżenie świata zwierzęcego i ludzkiego. To dlatego przełom XX i XXI wieku stał się epoką zakażeń wirusowych w medycynie. Nawet jeśli prawdą jest, że SARS-Cov-2 wyciekł z laboratorium, to i tak kluczową rolę odegrał rezerwuar zwierzęcy i szybkość przemieszczania się ludzi.

Tak, możemy niestety spodziewać się, że niebezpiecznych wirusów będzie więcej. Ludzkość jest skazana na walkę z nimi.

Komisja Europejska ogłosiła strategię dotyczącą rozwoju i dostępności leków przeciw Covid-19 dla krajów członkowskich, zakładającą m.in. inwestycję w badania nad innowacyjnymi lekami, przyspieszony proces rejestracji oraz wspólne zakupy. Jaką wartość z przyjętej strategii widziałby dla polskich pacjentów, jeżeli Polska przystąpiłaby do tego programu?

Przystąpienie do takiego programu jest kluczowe z punktu widzenia dostępności leków dla polskich pacjentów. Pamiętajmy, że zawsze innowacyjne leki, które są dość drogie, trafiają najpierw do najbogatszych. Takie są realia współczesnego świata. Producenci po zainwestowaniu środków w badania nad lekami chcą jak najszybciej je odzyskać i trudno ich za to ganić. Z drugiej strony silny nabywca, jakim niewątpliwie byłaby Unia Europejska, ma znacznie większą siłę w negocjowaniu zarówno ceny, jak i ilości dostaw. Najlepszym przykładem korzyści, jakich doświadczyliśmy już z tytułu wspólnego zakupu leków, jest dostępność w Polsce szczepionek przeciw SARS-CoV-2, a wcześniej bardzo szybki dostęp do remdesiwiru.

Prof. Robert Flisiak,

prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy

Chorób Zakaźnych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA