fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

Jarosław Oleszczuk: Potrzebne jest szerokie testowanie

Jarosław Oleszczuk
tv.rp.pl
Z medycyną tak już jest, że żeby jakaś nowość zaskoczyła, musi minąć trochę czasu. Technologię PCR znamy od blisko 50 lat i wciąż świetnie się sprawdza – mówi Jarosław Oleszczuk, wiceprezes firmy, która planuje rewolucję w polskim systemie testów na koronawirusa.

Jako Genomtec deklarujecie państwo, że jesteście gotowi dziennie produkować 100 tys. szybkich testów w technologii RT-LAMP na obecność koronawirusa w organizmie. Ten rodzaj testów daje wynik po zaledwie kilkunastu minutach. Wydaje się jednak, że nie chodzi o ilość, bo to kolejny już rodzaj testów dostępny na polskim rynku. Szybkość z kolei nie do końca kojarzy się ze skutecznością, która jest w tym przypadku najważniejsza. Pytanie więc: jak na tym tle wypadają testy RT-LAMP?

W tej chwili w Polsce mamy trzy typy testów, które wykrywają aktywną infekcję. Testy RT-PCR oraz RT-LAMP, które wykrywają materiał genetyczny wirusa, jego RNA. LAMP to zmodyfikowana, nowocześniejsza wersja testów PCR, która pozwala na znaczące zredukowanie czasu, jakiego potrzeba do samego przeprowadzania testu. Wszystko, co się dzieje przed uzyskaniem wyniku – proces pobierania próbki i wyizolowania RNA – jest bardzo podobne. Chociaż testy LAMP, jakimi dysponuje Genomtec, zostały opracowane tak, że mogą wykryć wirusa nawet w ślinie. To pewnego rodzaju przełom, niekoniecznie naukowy, ale logistyczny. Łatwiej jest przecież splunąć do probówki, niż pobierać wymaz z nosogardzieli, nie mówiąc już o dyskomforcie, jaki u pacjenta powoduje to drugie badanie. Trzeci typ testów to testy antygenowe.

Jeśli mielibyśmy porównać testy PCR i testy LAMP, ta druga możliwość wygrywa w dwóch kategoriach: czas wykonania i materiał biologiczny. To, co ułatwia wprowadzenie testów LAMP do użytku powszechnego, to fakt, że mogą być one wykonywane na sprzęcie, który już mamy dla testów PCR. Laboratoria zostają takie same, ludzie zostają ci sami. Sama procedura jest dość analogiczna. Natomiast zamiast wykonywać w ciągu dwóch godzin 90 testów, możemy – wykorzystując RT-LAMP – w tym samym czasie zrobić ich około 190 i tym samym odciążyć zespoły diagnostyków. I teraz najważniejsze. W mediach, przy okazji poruszania tematu testów, mówi się często o ich dwóch parametrach – czułości i swoistości. Czułość odnosi się do tego, jak dobrze dany test wykrywa infekcję wirusem SARS-CoV-2 u osoby zainfekowanej, a swoistość odnosi się do wykluczenia infekcji u osoby niezakażonej. Trzeci parametr to limit detekcji, czyli jaką najmniejszą objętość wirusa jesteśmy w stanie wykryć danym testem. W tej kategorii testy LAMP mają o rząd wielkości mniejszą wartość, czyli wykrywają o dziesięć razy mniejsze stężenia wirusa niż testy PCR.

Czyli są jeszcze bardziej precyzyjne?

Tak, dokładnie.

RT-PCR jest uznawany za złoty standard w diagnostyce koronawirusa. Dziś jednak, kiedy niedawno minął rok od wybuchu pandemii, także WHO opublikowało listę rekomendowanych metod diagnostycznych i znalazła się na niej też metoda RT-LAMP.

Możliwe, że wyeliminuje albo zastąpi PCR?

Każda z metod, o których tu mówimy, ma rację bytu i na każdą jest zapotrzebowanie na rynku. Natomiast warto, żebyśmy decyzję o tym, którą metodę zastosować w danym przypadku, podejmowali po przeanalizowaniu tego, do czego ma nam służyć wynik testu. I tak, jeżeli celem jest szybkie sprawdzenie, czy ktoś w danym momencie jest zakażony wirusem SARS-CoV-2 i aktywnie zaraża, to najszybszym rozwiązaniem, mimo wysokiego limitu detekcji, będzie test antygenowy. Jeżeli celem jest duże, przesiewowe badanie populacji, ale przeprowadzone sprawnie i szybko, to najlepszym badaniem jest RT-LAMP. W Wielkiej Brytanii już się to dzieje – na lotniskach Heathrow i Gatwick każdy podróżny może wykonać właśnie te testy. Sprzęt laboratoryjny można postawić na terenie lotniska albo opracować dodatkową infrastrukturę do przeprowadzania badania, np. maszynę, do której podróżny wkłada probówkę ze swoją śliną, by po kilkunastu minutach otrzymać wynik. W USA również przeprowadza się testy LAMP na szeroką skalę. Przy diagnostyce klinicznej zaś, np. gdy przyjmujemy do szpitala pacjenta z poważnymi problemami z oddychaniem, gorączką i chcemy ustalić, czy cierpi on z powodu grypy czy Covid-19, nie ma lepszego testu niż szybki test genetyczny.

Natomiast to, co w tej chwili jest alarmujące, to coraz wyraźniej widoczna sytuacja, w której obecna strategia testowania, jaką mamy w Polsce, nie działa. 70–80 proc. osób chorujących na Covid-19 nie ma żadnych objawów. I to właśnie te bezobjawowe przypadki przede wszystkim poszerzają zasięg pandemii. A więc testowaniem powinniśmy objąć przede wszystkim osoby bezobjawowe. Innymi słowy, powinniśmy przeprowadzić przekrojowe badanie populacji. Zwłaszcza te osoby, które nie mogą pracować z domu – nauczycieli, służbę zdrowia, służby mundurowe, zatrudnionych w fabrykach, elektrociepłowniach itd. I tu dobrze sprawdzą się testy o niższym limicie detekcji. Przy czym warto w tym testowaniu zachować również pewien rytm. Biorąc pod uwagę różne modele epidemiologiczne, najbardziej optymalny wydaje się rytm cotygodniowy. W ten sposób można zmniejszyć wskaźnik reprodukcji wirusa (R0) o 50–70 proc. To oznacza, że gdybyśmy dziś zaczęli cykl takich przesiewowych testów, do Bożego Narodzenia nie mielibyśmy w Polsce koronawirusa.

Jeżeli Słowacja jest w stanie to zrobić, jeżeli to samo robi planujący otwarcie stoków narciarskich południowy Tyrol, gdzie przez weekend zbadano niemal 100 procent mieszkańców, to my też moglibyśmy zadziałać w ten sposób. Warto tu jeszcze dodać, że badanie we Włoszech było nieobowiązkowe. Mieszkańcom powiedziano po prostu: przetestujcie się, jeśli chcecie, a jeżeli to zrobicie, będziecie mogli otworzyć stoki narciarskie. Oczywiście można było powiedzieć: stoki zostają zamknięte, i dać ludziom jakąś zapomogę, ale chyba dla wszystkich lepszym rozwiązaniem jest jednak dopasowanie się do sytuacji epidemiologicznej bez pogorszenia sytuacji gospodarczej. Na tyle, na ile to możliwe.

Gdybyśmy teraz my w Polsce powiedzieli: zjeżdżamy całe Podhale i testujemy wszystkich mieszkańców, po 300 tys. w ciągu doby, a potem testujemy każdego nowego przyjezdnego czy turystę w regionie, to wszystkie kurorty i cała lokalna gospodarka mogłyby normalnie działać. W mojej ocenie więc o wiele lepiej niż w kolejne zapomogi inwestować właśnie w te testy, a one nie są drogie. Ich cenę wyznaczyliśmy na około 30 złotych. Przy czym dzięki łączeniu próbek w jednej reakcji można przetestować pięciu pacjentów. Czyli efektywna cena jednego testu to 6 złotych.

Ale jakie są szanse, że tak się w naszym kraju stanie? Czy polskie laboratoria i szpitale są zainteresowane współpracą? Czy spływają już pierwsze zamówienia? Dostarczyli też państwo ostatnio – w formie darowizny – 10 tys. testów na potrzeby przebadania pracowników służby zdrowia. Jaka była reakcja ministerstwa?

Na razie nie mamy żadnej informacji zwrotnej, a czekamy na nią. Bo my jesteśmy w stanie już dzisiaj produkować 70 tys. zestawów testowych tygodniowo, a możemy zwiększyć moce produkcyjne i produkować 700 tys. tygodniowo.

Ministerstwo już kupiło testy antygenowe, więc rozumiem, że trzeba i warto je wykorzystać. Cały czas jednak powtarzam, że jednorazowe testowanie niewiele nam da.

Dlaczego?

Bo w ten sposób wyeliminujemy tylko część osób chorych na Covid-19, ale na pewno nie wszystkie. Pojedynczym testowaniem wyeliminujemy 60 proc., ale 40 proc. zostanie – tak mówią modele epidemiologiczne. Zresztą doświadczenia ze Słowacji pokazują to samo – każda kolejna runda to ok. 60 proc. mniej testów dodatnich.

Z czego to wynika? Z fazy, w której znajduje się potencjalny chory w czasie testu?

Tak, przez pierwsze 2–3 dni żaden test nie wykryje obecności koronawirusa. Dlatego ten cotygodniowy rytm jest istotny – co tydzień mamy szansę wyłapać te osoby, które są nowymi nosicielami i często nieświadomie zarażają kolejnych. W ten sposób moglibyśmy opanować szalejącą w Polsce epidemię.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA