fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

W transmisji wirusa liczebność klas równie istotna jak higiena

Adobe stock
Naukowcy twierdzą, że dzieci mogą wrócić do szkół względnie bezpiecznie. Trzeba jednak spełnić kilka warunków. To higiena, maseczki, mniejsze zagęszczenie klas, testowanie i śledzenie przypadków, oraz ocena ilości zarażeń w społeczności lokalnej.

W szkołach w całej Korei Południowej dzieci jedzą obiady patrząc na plastikowe ekrany, które oddzielają je od przyjaciół. Maski noszą cały czas z wyjątkiem sytuacji gdy na boisku szkolnym ćwiczą dystans społeczny. Przed przyjściem do szkoły sprawdza się ich temperaturę, najpierw w domu, a później w drzwiach szkoły.

Niestety, tak może wyglądać rzeczywistość milionów dzieci na całym świecie. Właśnie kończą się wakacje. Nie tylko w Polsce ale także w USA czy Wielkiej Brytanii, krajach, które zamknęły szkoły na czas pandemii koronawirusa. Podczas kiedy nadal nie wiemy czy szkoły w Polsce zostaną otwarte i na jakich zasadach, coraz większa liczba badań pokazuje, że istnieją sposoby, aby zrobić to bezpiecznie. Kluczem jest higiena i fizyczny dystans, szybka reakcja w celu powstrzymania rozprzestrzeniania się wszelkich infekcji oraz, to najważniejsze, niski poziom rozprzestrzeniania się wirusa w społeczeństwie.

„Niektóre kraje azjatyckie, zwłaszcza Korea Południowa, stanowią dobry model dla szkół, które mogą zapewnić bezpieczne nauczanie bezpośrednie podczas pandemii” - mówi w Nature Zoë Hyde, epidemiolog z Uniwersytetu Zachodniej Australii w Perth.

Naukowcy twierdzą jednak, że jeśli szkoły zostaną otwarte, zanim transmisja w społeczności osiągnie niski poziom, przypadki będą gwałtownie narastać.

W trakcie trwania i rozwoju pandemii okazało się, że wirus zwykle oddziałuje na dzieci inaczej niż na dorosłych. Mają one łagodniejsze objawy, zakładano też, że mogą mniej zarażać. Obecne badania zmieniły tą opinię. Dzieci zarażają tak samo jak dorośli. Mogą też zarazić się w szkole czy drodze do niej i przenieść COVID-19 na osoby mieszkające w tym samym gospodarstwie domowym.

Koreański pediatra i epidemiolog  Young June Choe z  Uniwersytetu Hallym w Chuncheon w Korei Południowej twierdzi w Nature, że szkoły mogą być miejscem wysokiego ryzyka i opisuje sytuację, w której dzieci są wtłoczone do słabo wentylowanych pomieszczeń przez osiem lub więcej godzin. Zwraca też uwagę na to, że często korzystają z transportu publicznego w towarzystwie rodziców co zwiększa ryzyko zakażenia.

„Jeśli szkoły zostaną ponownie otwarte na obszarach o wysokim poziomie zakażeń w społeczności, nieuchronne są duże epidemie i w ich wyniku dojdzie do śmierci w społeczności”, mówi Hyde. Czego dowodem jest powstawanie ognisk epidemii takich jak choćby w liceum Gymnasia Ha’ivrit w Jerozolimie, czy na obozie letnim w stanie Georgia w Stanach Zjednoczonych.

Badania przeprowadzone w Korei Południowej, Europie i Australii pokazują, że szkoły mogą bezpiecznie otwierać się, gdy transmisja w społeczności lokalnej jest niska. Dzieci w Korei Południowej powróciły do swoich klas w połowie maja, kiedy dzienne potwierdzone przypadki spadły do poziomu około jednej osoby na milion osób (poniżej 50 w skali kraju). Nawet przy tak niskim wskaźniku przenoszenia się wirusa, rząd wprowadził środki mające na celu jego kontrolę.  Szkoły otwierano stopniowo począwszy od średnich, a skończywszy na szkołach gimnazjalnych. Do dużych szkół uczęszczała tylko część uczniów, a gdy pojawiały się pozytywne testy, nauczanie wracało do internetu.

Koreańskie dane rządowe podają, że tylko 1 ze 111 dzieci w wieku szkolnym, które w okresie od maja do lipca uległo zakażeniu, miało kontakt z SARS-CoV-2 w szkole. Większość z nich została zakażona przez członków rodziny lub w innych miejscach. „Przy odpowiednich zasadach, możemy kontrolować transmisję w szkołach”, mówi Choe.

Badanie przeprowadzone przez Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób również wykazało, że ponowne otwieranie szkół w kilku krajach europejskich od połowy maja nie wiązało się dotychczas ze znacznym wzrostem liczby zakażeń wśród społeczności lokalnych.

Szkoły i obozy stały się miejscem wybuchów epidemii w miejscach gdzie szybko rośnie lokalna populacja, a szkoły są zbyt ciasne. Przykładem może być wspomniana już szkoła w Izraelu gdzie 10 dni po otwarciu szkół zaraziło się 154 uczniów i 26 pracowników, a także 87 członków rodzin uczniów. Przyczyną była zgoda na zdjęcie maseczek z powodu upałów. Podobnie obóz z Georgii gdzie trzy czwarte z 344 uczestników miało wynik pozytywny i gdzie uczestnicy nie musieli nosić masek. Takich przykładów jest więcej, jak choćby ten z Santiago w Chille. Tam klasy były 30 osobowe, a zakażeniu uległo 10 proc. uczniów i 17 proc. personelu.

Te przykłady sugerują, że duże rozmiary klas, albo duże zagęszczenie osób mogą odgrywać znaczącą rolę w przenoszeniu wirusa. Naukowcy sugerują, że szkoły powinny wdrożyć środki mające na celu zachowanie rozsądnego dystansu, poprzez podział dnia na poranne i popołudniowe zmiany w celu zmniejszenia liczby dzieci w klasie, czy uniemożliwienie rodzicom i nauczycielom gromadzenia się przy wejściach i wyjściach ze szkoły. W Polsce to oczywiście będzie trudne bo nadal w normalnym trybie pracy wiele szkół pracuje z podziałem na zmiany. Naukowcy twierdzą niestety, że w ograniczeniu przenoszenia wirusa rozmiary klas są istotne na równi z higieną czyli myciem rąk, starannym używaniem masek oraz testowaniem i śledzeniem przypadków, ale najważniejsza jest ocena ilości zarażeń w społeczności lokalnej. Cóż, jeśli wrócimy do szkół z dawnymi nawykami to będziemy mieli kłopoty.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA