fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Słony rachunek za Brexit

Premier Theresa May formalnie rozpocznie wycofywanie Wielkiej Brytanii z UE w marcu. Raczej nie dojdzie jednak do tego, jak spekulowano, 9 marca na unijnym szczycie, lecz po wyborach w Holandii (odbywają się 15 marca).
AFP, Daniel Leal-Olivas
W negocjacjach rozwodowych Wielka Brytania będzie zdecydowanie słabsza niż partner: 27 państw Unii.

Anna Słojewska z Brukseli

Na 60 mld euro Bruksela oszacowała brytyjski rachunek za wyjście z UE. To blisko sześć razy więcej niż Londyn rocznie wpłaca netto do budżetu unijnego. Jego składka w 2015 roku wyniosła 18,2 mld euro (po uwzględnieniu rabatu), natomiast transfery z Brukseli do Londynu sięgnęły 7,5 mld euro, z czego połowa poszła dla rolników.

– Wielka Brytania musi wiedzieć, że rachunek za Brexit będzie słony – powiedział Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Europejskiej.

Miały być oszczędności

Te 60 mld euro ma pokryć zobowiązania budżetowe po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Nastąpi ono na wiosnę 2019 roku, a obecna perspektywa budżetowa trwa do 2020 roku, przy czym pieniądze na fundusze strukturalne, których największym beneficjentem jest Polska, będą wypłacane jeszcze przez kolejne trzy lata, czyli do 2023 roku.

Do tego dochodzą koszty emerytur dla brytyjskich urzędników oraz ewentualne płatności na rzecz Irlandii, którą Wielka Brytania ratowała razem z UE przed bankructwem. Bruksela sądzi więc, że Londyn ma prawny obowiązek pokrycia tego rachunku, bo jako członek UE zaciągnął te wszystkie zobowiązania. Zagłosował za unijnym budżetem na okres 2014–2020 i zobowiązał się do wnoszenia swojego udziału, sam walczył o zatrudnianie brytyjskich urzędników w instytucjach unijnych, wreszcie dobrowolnie przyłączył się do programu pomocowego dla Irlandii. Dla Londynu przyjęcie z góry faktury opiewającej na 60 mld euro będzie bardzo trudne do zaakceptowania.

– Głosującym w referendum obiecano, że oszczędzą mnóstwo pieniędzy. Sądzę więc, że nastąpi rozczarowanie, gdy okaże się coś przeciwnego – powiedział austriacki kanclerz Christian Kern.

Prawnie Brytyjczyków do płacenia zmusić się nie da, rachunek będzie efektem negocjacji politycznych. Coraz więcej wskazuje jednak na to, że nawet tak potężny kraj, jak Wielka Brytania, w obliczu UE stoi na bardzo słabej pozycji.

Gorące 15 miesięcy

Bruksela naciska: najpierw rachunek i negocjacje aktu rozwodowego. Dopiero potem możemy przejść do rozmów co dalej, czyli jaki rodzaj umowy handlowej powinien łączyć te dwa obszary po rozstaniu się. Nieoficjalnie się mówiło, że premier Theresa May rozpocznie formalnie proces wychodzenia z UE, czyli przekaże Brukseli notyfikację uruchomienia artykułu 50 unijnego traktatu, na szczycie UE 9 marca.

Coraz więcej jest sygnałów, że może to jednak nie nastąpić, bo są kwestie formalne po stronie brytyjskiego parlamentu, a także powody polityczne: 15 marca odbywają się wybory w Holandii, gdzie bardzo silną pozycję ma populistyczna i eurosceptyczna partia Geerta Wildersa.

Nawet jednak jeśli notyfikacja nie nastąpi 9 marca, to na pewno zdarzy się przed końcem miesiąca, bo premier May oficjalnie się do tego zobowiązała. Od tego momentu biegną dwa lata, które traktat daje na wyjście z UE. Faktycznie będzie tego czasu jeszcze mniej, bo najpierw musi minąć przynajmniej kilka tygodni, zanim UE wyda wszystkie formalne dyspozycje potrzebne do rozpoczęcia negocjacji. Politycznie też trudno liczyć na dyskutowanie kontrowersyjnych spraw przed wyborami w Niemczech zaplanowanymi na wrzesień.

Wreszcie na koniec trzeba zostawić kilka miesięcy, żeby brytyjski parlament mógł zatwierdzić ewentualne porozumienie. To oznacza faktycznie około 15 miesięcy na poważne rozmowy. W tym czasie trudno będzie uzgodnić sam akt rozwodowy, nie mówiąc o kształcie przyszłych relacji.

Dobra wola

Ale oczywiście możliwe jest wskazanie, co miałoby się dziać dalej i uzgodnienie okresu przejściowego. Jednak to zależy wyłącznie od dobrej woli 27 państw UE. Jeśli jej nie wykażą, to Londyn zostanie z niczym, bo procedury wychodzenia nie da się już cofnąć. No chyba że zgodziłoby się na to 27 państw, ale w scenariuszu wrogich negocjacji trudno na to liczyć. I Wielka Brytania może zostać z niczym poza Unią.

O groźbie takiej prawnej próżni mówił ostatnio Ivan Rogers, były ambasador Wielkiej Brytanii przy UE.

– Unia jest bardzo legalistyczną organizacją. Powiedzą nam, że skoro z dnia na dzień z członka UE staliśmy się krajem trzecim, to wszystko jest unieważnione – powiedział były dyplomata. – Wszystkim nam się wydaje, że to bzdura, że takie rzeczy nie zdarzają się w świecie realnym i że przecież brytyjskie samoloty nie przestaną z dnia na dzień latać do portów w UE. Ale to że tak nam się wydaje, to wcale nie oznacza, że tak się nie stanie – powiedział Rogers w wystąpieniu przed specjalnym komitetem ds. Brexitu w brytyjskiej Izbie Gmin. Rogers to wybitny i doświadczony dyplomata, który zrezygnował ze swojej funkcji na początku roku. Uznał, że brytyjski rząd nie chce słuchać prawdy o negocjacjach dotyczących Brexitu.

Zdaniem Charlesa Granta, eksperta think tanku CER w Londynie, negocjacje mogą się skończyć na trzy sposoby. Będzie umowa rozwodowa i zalążek nowego porozumienia o wolnym handlu, sama umowa rozwodowa bez nowego porozumienia lub brak umowy rozwodowej i brak porozumienia dotyczącego przyszłości. W drugiej i trzeciej opcji Londyn będzie musiał się odwołać do reguł rządzących Światową Organizacją Handlu (WTO), a więc nie będzie miał żadnych preferencji w relacjach z UE. Dodatkowo w trzeciej opcji, czeka go prawny chaos, bo nie będą nawet uregulowane kwestie unijnej spuścizny.

Według Granta brytyjscy negocjatorzy powinni być mili i gotowi do kompromisu. Jednak politycznie będzie to bardzo trudne, bo politycy bardzo podbili stawkę i odwołują się retoryki imperialnej.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: a.slojewska@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA