fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Wakacje pod specjalnym nadzorem

AdobeStock
Od momentu wejścia o 6 rano na Lotnisko Chopina do wypicia tureckiej herbaty po kolacji temperaturę miałam mierzoną 6 razy. Maseczkę zdjęłam w ciągu dnia tylko do jedzenia i picia i podczas spaceru po plaży.

Pewnie zsunęłabym ją chociaż z nosa, na chwilę, gdyby nie nieustanne przypomnienia: maseczki nosimy cały czas. A ile razy dezynfekowałam ręce? Nie policzę.

W samolocie nie ma tej radosnej wakacyjnej atmosfery, kiedy grupki starych albo nowych znajomych imprezują od momentu zamknięcia drzwi, albo jeszcze wcześniej i zabawę przenoszą z lotniskowego baru na pokład. Ktoś tam próbuje zaczepiać stewardesę, która natychmiast wysyła kolegę do obsługi i sprawa się natychmiast kończy. Personel pokładowy do minimum ogranicza kontakt z pasażerami. Nie biegają dzieci. Tylko oklaski po lądowaniu przypominają, że to czarterowy rejs. A samolot opuszczamy tak, jak weszliśmy w Warszawie, grupami siedzącymi w poszczególnych rzędach. Żeby i kontakt między pasażerami był jak najbardziej ograniczony.

Tak wygląda początek moich wakacji pod turecką Alanyą. Turcy bardzo poważnie podeszli do zagrożenia, jakim jest COVID-19 i zapewnienia turystom tak bezpiecznych wakacji, jak to tylko jest możliwe w obecnych warunkach. Na lotnisku naklejki na podłodze przypominają o konieczności zachowania dystansu społecznego i większość pasażerów się do tego stosuje. Przy meldunku w hotelu ten dystans jest już dokładnie egzekwowany, a cały nasz bagaż podlega dokładnej dezynfekcji, oczywiście tylko z zewnątrz. Przy meldunku dostaję zestaw : maseczka, płyn do odkażania rąk, i chusteczki dezynfekujące. Wszystko to zapakowane w torebkę z napisem „Staysafe", czyli „Pozostańbezpieczny". I jeszcze zestaw informacji,żeby zachowanie tego bezpieczeństwa rzeczywiście było łatwiejsze. Też z napisem „Staysafe", który przypomina się dosłownie wszędzie.

Czytaj także: Tunezja: Polacy mogą przylecieć bez testu na covid-19

W budynku, poza małymi dziećmi,wszyscy chodzą w maseczkach. Bez zakrytej twarzy i nosa nikt nie wejdzie do restauracji, czy baru. Niektórzy panowie, zwłaszcza Brytyjczycy i Ukraińcy, którzy próbują luzacko nosić maseczkę na ręce, że niby ją mają i za chwilę założą, natychmiast są upominani. Ktoś zapomniał? Nie ma problemu. Bo obok osoby, która wita gości i każdemu mierzy temperaturę, stoi duża paczka jednorazowych maseczek. Ja swoją, wielorazową, wieszam na klamce drzwi do pokoju, bo w ten sposób zawsze będę o niej pamiętać. W restauracjach nie nakładamy jedzenia sami, tylko robią to kelnerzy (oczywiście w maseczkach) oddzieleni dodatkowo od gości szybami z pleksi. Nakładają za dużo, ale i tak mniej, niż zazwyczaj robią to goście w hotelach z formułą „wszystko w cenie". Sztućce są wysterylizowane, zapakowane i bierzemy je sami.

Tak jest w tureckich hotelach, które otworzyły się w czasie pandemii COVID-19. Bo nie otworzyły się wszystkie, co dokładnie widać jadąc wzdłuż wybrzeża. Nie otworzyły się także wszystkie markety. Część tureckiej branży żyjącej z turystów wyraźnie uznała ten sezon i tak za stracony. A i tam, gdzie uznano, że jednak warto powalczyć, bo utrzymanie hotelu, nawet zamkniętego kosztuje, nie jest pełno. Nie ma zwyczajowego zostawiania ręczników na plażowych łóżkach, w basenach i na plaży nie ma tłoku. Na plaży nie ma mowy o takim zagęszczeniu plażowiczów, jak w Międzyzdrojach, czy Władysławowie. Plażowe łóżka są oddalone od siebie i nie wolno ich przesuwać. I tego też pilnuje obsługa.

Turcja otworzyła się na zagraniczną turystykę dopiero 1 lipca. Wtedy zaczęli przyjeżdżać Niemcy i Ukraińcy. Polska dopiero 29 lipca, chyba najpóźniej spośród krajów Unii Europejskiej. A rejs w sobotę, 8 sierpnia z Warszawy był chyba jednym z pierwszych w tym kierunku. Czy czuję się bezpiecznie? Oczywiście tak bezpiecznie, jak jest to możliwe podczas pandemii, z zachowaniem wszystkich racjonalnych środków zapobiegających zarażeniu. Z pewnością bezpieczniej, niż w Mielnie, czy w Jastrzębiej Górze, bo tam reguł nikt nie pilnuje, a samo pilnowanie niewiele daje.

Koszt takich wakacji jest porównywalny z tym, co płacimy w kraju, a w dodatku turecka lira tanieje z dnia na dzień. Kurs z niedzieli, 9 lipca, to 8,8 liry za euro. W kantorach 7,4 za euro, więc trzeba negocjować. Grecki bank centralny wydał już 65 mld euro na ratowanie waluty, a prezydent nie pozwala na podniesienie stóp procentowych, więc pewnie tureckie zakupy będą coraz tańsze. Ten kryzys walutowy, jaki Turcja przeżywa od 2018 roku teraz jest dodatkowo pogłębiony przez kilkumiesięczny brak wpływów z turystyki, która ma 13-procentowy udział w PKB. A ile w tym roku waluty wpłynie do tego kraju zależy od tego, jak bezpiecznie czują się tutaj turyści.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA