fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Swiatłana Cichanouska: Przykro, że o Białorusi szybko zapomniano

Swiatłana Cichanouska
4 czerwca Swiatłana Cichanouska dostała we Wrocławiu Nagrodę im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego
Urząd Miejski Wrocławia/Materiały Prasowe
Swiatłana Cichanouska, liderka białoruskiej opozycji, o represjach, nadziejach, sankcjach i postawie Zachodu.

– Nie spoczniemy, dopóki wszyscy więźniowie nie zostaną wypuszczeni i dopóki nie doprowadzimy do wolnych wyborów – mówią twardo laureatki tegorocznej edycji Nagrody im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

Nagroda, która przyznawana jest od 2004 r., w tym roku trafiła do działaczek białoruskiej opozycji: Swiatłany Cichanouskiej, Wołhy Kawalkowej i Maryi Kalesnikawej. 

"Rzeczpospolita": Reżim Aleksandra Łukaszenki 23 maja zmusił do lądowania w Mińsku samolot pasażerski z opozycyjnym dziennikarzem Ramanem Pratasiewiczem na pokładzie. Dzięki temu świat sobie przypomniał o białoruskiej dyktaturze?

Swietłana Cichanouska: Rzeczywiście, o Białorusi dopiero wtedy znowu zaczęto mówić. Ze względów dyplomatycznych nie mogę nikogo krytykować, ale przykro, że o Białorusi szybko zapomniano. A przecież nic się nie zmieniło, ludzie tak samo cierpią, tak samo ludzi porywają. Ale mimo to świat odwrócił swoją uwagę od Białorusi i to smutne. Dopiero po porwaniu samolotu zaczęto znów mówić, Łukaszenko zrobił sobie niedźwiedzią przysługę. Przecież dążył do tego, by świat o nim zapomniał i niestety wszystko ku temu zmierzało. Ale on pragnie zachować władzę za wszelką cenę i nie myśli racjonalnie, poprzez swoją nienawiść do przeciwników, do Ramana Pratasiewicza, zdecydował się na skandal międzynarodowy. Nie wiem, co to oznacza, głupotę?

Tydzień przed Pratasiewiczem leciała pani z Aten do Wilna tą samą trasą i tą samą linią lotniczą. Media spekulowały, że to pani początkowo była celem reżimu.

Opowiem, jak to było. Nie mieliśmy wcześniej biletów, kupiliśmy bardzo późnym wieczorem, a rano już mieliśmy samolot. Możemy tylko spekulować. Widzieliśmy też to pismo, które jakoby zostało wysłane od Hamasu ze Szwajcarii [Mińsk twierdzi, że dostał e-maila o bombie na pokładzie – red.], jeszcze przed tym, jak ja leciałam z Aten. Spekulowano później, że Putin zabronił przeprowadzić taką akcję, ale nie wiemy, jak było naprawdę. Gdy leciałam, nawet nie pomyślałam, że muszę omijać białoruską przestrzeń powietrzną.

Nie miała pani wrażenia, że ktoś w Atenach panią śledzi?

Nie zwracam uwagi na takie rzeczy. Dzięki władzom Litwy mam osobistą ochronę, wykonują swoją pracę i czuję się bezpiecznie. Nie wiem, jak długie ręce ma reżim i do czego może się posunąć. Nie myślę o tym i nie chcę myśleć. Chcą zastraszyć wszystkich, którzy są za granicą i którzy walczą. Po incydencie z Pratasiewiczem wielu zaczęło otrzymywać groźby. Niektórym piszą, że wiedzą, gdzie oni mieszkają i że ich złapią, a nawet utną im głowę. Po to, by trzymać ludzi w ciągłym w stresie, by się denerwowali i nie mogli pracować. Od losu nie da się uciec. Nie uciekłam, gdy składałam skargę na wyniki wyborów w Centralnej Komisji Wyborczej 10 sierpnia. Teraz też nie ucieknę, jak mnie porwą, to inni ludzie będą kontynuować naszą sprawę.

Wtedy, 10 sierpnia 2020, następnego dnia po wyborach, weszła pani do budynku CKW w Mińsku, ale stamtąd wylądowała pani na Litwie. Co tam się stało?

Nie mogę powiedzieć. Ale dzisiaj to już nieważne, co tam się stało. Zostałam zmuszona do wyboru: albo więzienie, albo dzieci (były już wtedy na Litwie – red.). Nie chcę zdradzać szczegółów tej rozmowy ani nazwisk ludzi, z którymi rozmawiałam. Było tam dwóch wysokiej rangi białoruskich urzędników, ale nie znałam ich wcześniej.

Łukaszenko później mówił, że dał pani 15 tys. dolarów przed wyjazdem. To prawda?

Opowiem całą historię i odniosę się do wszystkich jego wypowiedzi, jak przyjdzie na to czas. Nie wyciągniecie ze mnie nic o tym, proszę nie próbować. To wszystko działo się w ramach jednej historii, opowiem wszystko w całości. Ale później. Po co dzisiaj o tym wspominać? Jakie to ma znaczenie, co się działo z Cichanouską rok temu, jeżeli dzisiaj mamy więźniów politycznych. Ważne to, co się dzieje z Pratasiewiczem czy Łatypowem (więzień polityczny, niedawno wbił sobie długopis w szyję na sali sądowej – red.).

Ale czy to, o czym pani nie chce mówić, nie zawęża pani pola manewru, nie ogranicza w działalności?

Nie zawierałam układu z reżimem ani żadnych porozumień, jeżeli o to chodzi. Nikt mnie nie szantażuje i nikt nie wpływa na moją działalność. Ale zawsze pamiętam, że reżim ma zakładników. Mojego męża Siarhieja Cichanouskiego i tysiące innych ludzi. Zakładnikami są wszyscy więźniowie polityczni oraz wszyscy ludzie współpracujący ze mną. Wiem, że na ludzi, którzy pozostają w kraju, wywierana jest ogromna presja. Wielu działaczy próbuje wywieźć stamtąd rodziny, by nie stały się zakładnikami.

Jak Zachód powinien reagować na ten koszmar, który przeżywają Białorusini?

Od grudnia czekaliśmy na nowy pakiet sankcji UE wobec reżimu, ale zapadła cisza. Mówiliśmy, zwracaliśmy uwagę na represje, lecz nic się nie działo, żadnych konferencji, poważnych dyskusji. Dopiero po incydencie z samolotem społeczność europejska się zmobilizowała i czekamy na czwarty pakiet sankcji. Chcemy wierzyć w to, że to będą obszerne i dotkliwe sankcje dla reżimu. Będzie jeszcze piąty pakiet sankcji. Wszystko po to, by reżim zrozumiał, że już nie ma wyjścia i że musi reagować na nasze apele, wychodzić z tej sytuacji.

Wprowadzone dotychczas sankcje nie powstrzymały jednak Łukaszenki.

Dotychczas były trzy pakiety sankcji UE, które objęły 80 ludzi reżimu, ale to zbyt mało. Ci ludzie i tak dawno nie podróżują na Zachód. Ale sankcje USA, które weszły w życie 3 czerwca, już dają efekt. Wiele firm rosyjskich i ukraińskich zrezygnowało już ze współpracy z Białorusią. I z tego co wiem, czwarty pakiet sankcji UE również będzie zawierał sankcje gospodarcze wobec przedsiębiorstw państwowych Białorusi. Często nam zarzucają, że wtedy w sierpniu i we wrześniu nie docisnęliśmy reżimu, nie wygraliśmy. Dlaczego wtedy Zachód nie wprowadził jednego wspólnego pakietu sankcji, ale konkretnych i dotkliwych? Pozostawiali okno do deeskalacji, lecz to nie zadziałało. Łukaszenko boi się jedynie blokady gospodarczej, bo skąd weźmie pieniądze.

A skąd pracownicy tych przedsiębiorstw wezmą pieniądze? Przecież propaganda w Mińsku powie, że to Cichanouska jest winna ich problemów.

Oczywiście, że nadejdzie czas, gdy z powodu sankcji mogą przestać wypłacać pensje. I, rzecz jasna, wszystkie cegły ze strony propagandy polecą w moją stronę, w stronę liderów demokratycznej opozycji. Białorusinów już nie oszuka. Rozumieją, kto jest winien tej sytuacji. Łukaszenko ma wyjście. Niech wypuści więźniów politycznych i zgodzi się na negocjacje z przeciwnikami. Wtedy nie będzie żadnych sankcji. Głośno krzyczy, że lubi swój naród, niech to udowodni. To nie my nakładamy sankcje, lecz Łukaszenko robi wszystko, by te sankcje wprowadzono. Europa nie może przymykać oka, gdy ludzie są torturowani w więzieniach.

Mówi pani, że Zachód szybko zapomina o Białorusi. Za kilka tygodni również pewnie zapomni. Jeżeli coś może zrobić, to właśnie teraz. Ale co przekona Łukaszenkę do zaprzestania represji?

To musi być długa lista sankcji personalnych: prokuratorzy, sędziowie, milicjanci oraz ci, którzy fałszowali wybory. I oczywiście sankcje gospodarcze uderzające w określone sektory gospodarki, kontrolowane całkowicie przez reżim i jego ludzi. W przypadku Białorusi to przede wszystkim przemysł naftowy, metalurgiczny i drzewny. Zysk z tych sektorów pomaga Łukaszence utrzymywać władzę. Pracownicy tych przedsiębiorstw dwukrotnie próbowali rozpocząć strajk i dwukrotnie strajk był stłumiony. Teraz czekają na sankcje.

Jest pani przekonana, że Europa w najbliższym czasie zdecyduje się na bolesne sankcje gospodarcze?

Nie mam podstaw, by w to wątpić. Jeżeli tych sankcji nie będzie, to jak Europa będzie mogła spojrzeć sobie w oczy?

Dużo pani podróżuje, spotyka z premierami, prezydentami. Kto w Europie najbardziej rozumie Białoruś?

Im dalej od Białorusi, tym mniej rozumieją. Dopiero po ostatnich wyborach w sierpniu wielu ludzi na świecie dowiedziało się, że Białoruś to nie przybudówka Rosji, lecz suwerenny kraj z własnym językiem i kulturą. A przez 26 lat w Europie traktowano nas jak wyrostek robaczkowy Rosji. Najbardziej nas rozumieją Litwa i Polska, ale też Łotwa, Estonia, Słowacja i Czechy. Ale czasem przyjeżdżamy do jakiegoś kraju, spotykamy się z premierem i tam nie wiedzą, że nie mamy demokratycznego parlamentu czy partii. Wielu nie rozumie tego, jak jeden człowiek może sprawować władzę absolutną. Musimy tłumaczyć.

A są w Europie takie kraje, które nie chcą popierać białoruskiej opozycji, by nie psuć relacji z Łukaszenką czy jego sojusznikiem Władimirem Putinem?

Są państwa, które nie chcą wnikać w to, co się dzieje na Białorusi, ale milcząc, popierają resztę państw UE. Są też takie państwa, które wolą pomóc materialnie niezależnym białoruskim mediom czy studentom, lecz nie chcą się angażować politycznie, bo mają własne problemy.

A jaką postawę zajmują Węgry?

Nie byłam tam, ale powinnam pojechać.

W jakiej części Europy najmniej rozumieją Białoruś?

Na Południu.

Ostatnio ogłosiła pani wraz z innymi opozycyjnymi organizacjami plan „Peramoha" (zwycięstwo). Polega na tym, że przeciwnicy reżimu Łukaszenki mieliby zgłosić poprzez odpowiedni komunikator internetowy chęć do działania i w odpowiednim momencie otrzymają wskazówki. Kiedy ten moment nadejdzie?

Kiedy ludzie będą na to gotowi. Jesteśmy w kontakcie z komitetami strajkującymi, a jeżeli wyjdą robotnicy, inni Białorusini dołączą. To musi być taki impuls, że wszyscy zrozumieją, że to jest ten dzień. Chcemy jednak ochronić ludzi, bo wiemy, do czego zdolny jest reżim. Ale jeżeli rozpoczynać strajki, to trzeba trzymać się do końca. I do tego trzeba się przygotować.

A czy to nie jest tak, że to już kolejna inicjatywa internetowa? Wielu Białorusinów zastanawia się, czy liderzy opozycji demokratycznej mają konkretny plan działań?

Domagali się tego od samego początku, mówili, żebyśmy pokazali plan działań. Dobrze. W październiku ogłosiłam ultimatum, nawoływałam do strajków. Wystarczyłoby przecież, by przez jeden dzień nikt nie poszedł do pracy. I co się stało? Ilu strajkowało? A to był konkretny plan. To przecież jest wielka odpowiedzialność. Mogę przecież zaapelować, że np. 15 lipca wszyscy wychodzimy na ulice. Ale sporo ludzi siedzi i myśli, że „jak inni wyjdą, to i ja wyjdę". A przecież też zawsze jest tak, że jak się ogłasza plan, do niego też przygotuje się reżim. To musi być ruch oddolny, musi się zacząć w białoruskich fabrykach, na ulicach białoruskich miast. Każdy chciałby poznać jakąś magiczną datę, gdy wszyscy wyjdą i to się skończy. Ale tak się nie da, bądźmy realistami. Można łatwo do czegoś nawoływać, lecz trzeba uświadamiać, jakie to będzie miało znaczenie dla ludzi.

W Europie zaczyna się mówić o potrzebie postawienia reżimu Łukaszenki przed międzynarodowym trybunałem. Co pani o tym myśli?

To bardzo dobra inicjatywa, powinniśmy wykorzystywać każdą możliwość, by rozhuśtać ten reżim. To dobry sygnał dla władz w Mińsku, że prędzej czy później poniosą odpowiedzialność za swoje czyny, reżim nie jest wieczny. A jego współpracownicy doskonale wiedzą, że w pewnym momencie zostaną porzuceni.

Na Białorusi prześladowana jest też mniejszość polska. W więzieniu są wciąż dziennikarz Andrzej Poczobut i Andżelika Borys, szefowa Związku Polaków. Czy można powiedzieć, że Związek Polaków na Białorusi i opozycja, na której czele pani stoi, walczycie w jednej sprawie?

Za kratami siedzą najaktywniejsi Polacy, walczą razem z Białorusinami. Wiemy, że proponowano im wyjazd bez możliwości powrotu. Ale nie zgodzili się na to. Są bohaterami. Taką możliwość miała też więziona obywatelka Szwajcarii Natalia Hersche. Jestem przekonana, że coś podobnego proponowano mojemu mężowi i Wiktorowi Babaryce (aresztowany i niedopuszczony do wyborów rywal Łukaszenki – red.). Pozostali wierni swoim wartościom.

Jak przyszłość Białorusi widzi Władimir Putin?

Zapytajmy lepiej, czego Białorusini oczekują od Rosji. Przez 26 lat Łukaszenko tak prowadził politykę, że można było odnieść wrażenie, iż jesteśmy jednym krajem. Niech się przyjaźnią, nie chcemy z nikim się kłócić, chcemy mieć dobre sąsiedzkie relacje. Ale gdy prezydent sąsiedniego kraju popiera tortury i przemoc, a właśnie tego dopuścił się Łukaszenko, to oburza Białorusinów. To, co się obecnie dzieje między Putinem a Łukaszenką, jest farsą. Nie wiemy, co się dzieje za kulisami. Publicznie dyplomatycznie i politycznie Kreml popiera Łukaszenkę. Poparł go latem, myślał pewnie, że Białorusini nie wyjdą na ulice. A teraz już nie ma jak się wycofać. Ale jestem przekonana, że sytuacja na Białorusi nie jest komfortowa dla Kremla. Chcieliby, żeby Białoruś była spokojnym krajem na mapie Europy.

Myśli pani, że Putin nie dyryguje Łukaszenką?

Łukaszenko może i jest zależny, ale to jego wina. Białorusini w tym nie uczestniczyli. Chcemy innego kraju i innego przywódcy. Nie chcemy przywódcy, który będzie patrzył tylko w jedną stronę. Oprócz Wschodu i Zachodu mamy jeszcze Północ i Południe.

Po tym jak do Rosji wrócił Aleksiej Nawalny, niektórzy pytali, czy Cichanouska wróci na Białoruś? Rozważała pani taką opcję?

Już nieraz myślałam o powrocie na Białoruś, ale zawsze zastanawiałam się, co będzie dalej. Wrócę i trafię do więzienia. I co zrobię w więzieniu? Propaganda mówi, że siedzę na Litwie i że jest mi łatwo, ale nie jest. Spoczywa na mnie ogromna odpowiedzialność, reprezentuję kraj. Dziękuję Białorusinom za to, że upoważnili mnie do tego. Będę mówiła o Białorusi, gdzie tylko się da, będę robiła wszystko, co mogę. Ale w więzieniu nic nie da się robić.

A może pani powrót byłby impulsem, takim przełomem w historii Białorusi?

Jeżeli zrozumiem, że to jest ten dzień i że mój przyjazd zadecyduje o wszystkim, doda ludziom energii, to zdecyduję się na to.

Miała pani wraz ze swoim doradcą Franakiem Wiaczorką kupiony bilet z Wilna do Mińska na 2 maja. Ich zdjęcia pojawiły się później w mediach. Jednak chcieliście wracać?

Bilety zostały kupione miesiąc wcześniej, ale zmieniły się okoliczności. Więcej o tym nic nie mogę powiedzieć.

Ma pani i pani otoczenie jakiś kontakt z władzami w Mińsku?

Mamy kanał komunikacji z białoruskimi urzędnikami oraz funkcjonariuszami struktur siłowych. Szczegóły znają tylko najbardziej zaufani ludzie. Tamci ludzie mocno ryzykują, a reżim nie ufa nikomu, wszystkich weryfikuje i szantażuje. Na każdego mają teczkę. Szukamy pośredników, by nawiązać kontakt z władzami w Mińsku, ale na razie oni takich rozmów nie chcą.

Po wyborach w sierpniu setki tysięcy Białorusinów wychodziły na ulice, domagały się wolnych wyborów. Ma pani nadzieję na to, że Białoruś będzie demokratycznym państwem, a Białorusini pójdą do urn w wolnych wyborach?

Jestem tego pewna, dyktator nie jest wieczny. Ludzi trzeba rozumieć i czuć. I wiem, że niezależnie od tego, jak mocno Łukaszenko będzie ich dusił, nie odpuszczą. Będą wolne wybory i wierzę, że już najbliższej jesieni. Dyktator chce wygrać czas. Były prezydent Białorusi został karykaturą, nigdy nie odbuduje wizerunku silnego przywódcy. Mógł godnie odejść i zapisać się w podręcznikach jako pierwszy prezydent Białorusi. Został jednak przestępcą. Nie można nikogo zmusić do miłości. Białorusini przejdą do podziemia, ale będą walczyć.

Wywiad przeprowadzony 3 czerwca

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA