Jak można scharakteryzować zagrożenie powodowane przez płaskonabłonkowe nowotwory głowy i szyi? Co jest czynnikiem wywołującym chorobę?

W przypadku pacjentów starszych jest to palenie papierosów i spożywanie alkoholu, a wśród populacji młodszej – zakażenie wirusem HPV. I tych pacjentów jest niestety coraz więcej. Trzeba podkreślić, że osoby z takim typem nowotworu często bywają społecznie wykluczone: zabiegi, które są przeprowadzane we wczesnym stadium choroby, jeśli pacjent ma szczęście trafić do wyspecjalizowanego ośrodka, niestety często bardzo okaleczają pacjentów, np. musi dojść do resekcji krtani, albo też zmiany są bardzo duże, dochodzące nawet do kilkunastu centymetrów w obrębie szyi. Po przeprowadzeniu radioterapii może także dochodzić do odczynów popromiennych czy też martwicy skóry lub jej włóknienia. Wtedy cały ten obszar skóry może mieć inny kolor. Może też dochodzić do różnego rodzaju widocznych obrzęków limfatycznych. Jest więc to choroba stygmatyzująca i od razu widoczna. Pacjent z np. rakiem jelita grubego po założeniu stomii może to zamaskować pod ubraniem. W przypadku płaskonabłonkowego nowotworu głowy i szyi – to niemożliwe.

Jakie zabiegi wykonywane są po sporządzeniu diagnozy?

Osoby z rakiem głowy i szyi często bywają wykluczone społecznie

dr Izabela Łasińska

Jedna grupa pacjentów to ci, u których leczenie może być radykalne, czyli dokonywane poprzez resekcję chorej tkanki lub indukcyjną chemioterapię i następową radiochemioterapię, albo samodzielną radioterapię. A jeśli po resekcji mamy do czynienia z raportem histopatologicznym mówiącym, że zajęte są węzły chłonne i jest naciek poza torebkę węzła chłonnego – wtedy radiochemioterapia będzie leczeniem dodatkowym, żeby zabezpieczyć pacjenta przed wznową. Drugi rodzaj terapii to leczenie paliatywne, gdy mamy do czynienia z nawrotem, przy którym resekcja jest już niemożliwa i leczenie miejscowe nie ma zastosowania. Wtedy wprowadzamy leczenie systemowe pierwszej linii: połączenie chemioterapii opartej o pochodne platyny z cetuksymabem, czyli przeciwciałem monoklonalnym, albo zastosowanie immunoterapii w drugiej linii leczenia. Niestety, nie ma jeszcze refundacji immunoterapii w pierwszej linii, czyli zastosowania pembrolizumabu lub też immunochemioterapii, czyli połączenia pembrolizumabu z chemioterapią opartą o pochodne platyny. O skuteczności zastosowania immunoterapii w pierwszej linii decyduje też badanie tkanki pacjenta pod kątem ilości komórek PD-L1 pozytywnych, którą za każdym razem należałoby oznaczać.

Czyli pacjenci nie mogą liczyć na immunoterapię w pierwszej linii?

Nie, bo nie jest refundowana. Aktualnie w Polsce nie są dostępne programy, które by to zapewniły. Jest oczywiście procedura Ratunkowego Dos- tępu do Technologii Medycznych. Trzeba napisać wniosek i czekać. Pacjenci nie mają czasu na czekanie, a procedowanie dokumentów trwa.

O ile zwiększyłyby się szanse pacjentów, jeśli wprowadzono by dostęp do immunoterapii w pierwszej linii?

Nowoczesne leczenie onkologiczne to leczenie – „szyte na miarę” dla konkretnego chorego, część pacjentów odniesie korzyść w wyniku stosowania immunoterapii czy immunochemioterapii, ale część będzie mogła skorzystać z programu lekowego dostępnego obecnie. Chodzi o to, by postępować zgodnie ze złotymi światowymi standardami, ale i wytycznymi polskich ekspertów, gdzie pembrolizumab również jest ujęty, bo to naprawdę milowy krok w rozwoju leczenia nowotworów płaskonabłonkowych głowy i szyi. Lekarz i pacjent powinni mieć dostęp do różnych form terapii, by leczenie było nowoczesne, przynoszące konkretnemu pacjentowi maksimum korzyści, przedłużające jego życie i sprawiające, że czas do progresji choroby będzie zdecydowanie dłuższy.

Jak funkcjonuje w Polsce system opieki nad pacjentami z tym typem nowotworu?

Mam szczęście pracować w ośrodku wysoko wyspecjalizowanym. Nie mam wątpliwości, że w Polsce powinny powstawać specjalne jednostki – „unity”, jak je nazywamy (np. w przypadku raka piersi). Dzięki temu lekarze, którzy specjalizują się w danym typie nowotworu, szybko mogą nawiązać kontakt z pacjentem, ale też kontaktują się stale między sobą, by wymieniać się doświadczeniami i obserwacjami. Jeśli pacjent trafia więc do wyspecjalizowanego ośrodka, jego szanse na dłuższe przeżycie rosną.

A trafia?

Problem jest taki, że sami pacjenci zbyt długo na to czekają. I kiedy już trafiają do odpowiedniej kliniki – choć nie chciałabym zrzucać całej winy na pacjentów, często jest bardzo późno. Np. ktoś chodził parę lat, owijając szyję szalikiem, a kiedy go zdejmuje w gabinecie, okazuje się, że pod spodem jest bardzo duży guz. Trzeba więc działać systemowo, uczulać lekarzy na problemy pacjentów z tymi nowotworami, które nie są łatwe w leczeniu, a także w diagnozowaniu.

dr Izabela Łasińska

Klinika Onkologii Klinicznej i Doświadczalnej, Szpital im. H. Święcickiego UM w Poznaniu; Zakład Pielęgniarstwa, Collegium Medicum (UZ)