18 listopada obchodzimy Światowy Dzień Rzucania Palenia Tytoniu. Dlaczego warto rzucić?

Palenie papierosów jest jedną z głównych przyczyn zgonów sercowo-naczyniowych i nowotworowych, będących główną przyczyną śmierci w Polsce i na całym świecie. Bardziej od zawartej w dymie papierosowym uzależniającej nikotyny szkodzą substancje smoliste, przedostające się z dymu tytoniowego do pęcherzyków płucnych, a stamtąd, przenikając barierę pęcherzyka, do naczynia krwionośnego i do krwi. Powodują uszkodzenie ściany naczynia krwionośnego, proces zapalny i tworzenie się blaszki miażdżycowej. Blaszka to struktura utworzona przez cholesterol odkładający się w ścianie naczynia. Jeśli jednak dodatkowo w ścianie naczynia tworzy się proces zapalny, ryzyko pęknięcia blaszki i zamknięcia światła naczynia jest dużo większe. A to prosta droga do udaru mózgu czy zawału serca. Substancje smoliste odpowiadają również za wiele śmiertelnych chorób nowotworowych.

...na czele z rakiem płuca.

Ale nie tylko płuca. Substancje smoliste są czynnikiem ryzyka wszystkich nowotworów. Związek z paleniem ma też rak pęcherza moczowego, ale także wszystkich narządów górnych dróg oddechowych, rak krtani, wargi, błony śluzowej jamy ustnej, przełyku i żołądka. Choć o nowotworach przełyku czy wargi mówi się mniej niż o raku płuca, są to nowotwory złośliwe, które mogą dawać przerzuty do innych narządów – np. do kości.

Być może rak krtani czy wargi nie brzmi tak przerażająco jak rak płuca, narządu, którym oddychamy.

Tymczasem są to poważne, śmiertelne choroby, które w dodatku często wiążą się z okaleczającymi operacjami. W przypadku raka krtani, oprócz samego narządu, usuwane są często fragmenty gardła, co powoduje, że zostajemy bez strun głosowych i całego aparatu mowy. Rak wargi może powodować wycięcie dolnej części twarzy wraz ze znajdującymi się w szyi węzłami chłonnymi. To zabiegi, które pozwalają ocalić życie, ale wiążą się z trwałą niepełnosprawnością.

Może trzeba więcej o tym mówić?

Kłopot w tym, że choć perspektywa okaleczającej operacji czy niepełnosprawności jest przerażająca, uzależnieni od papierosów reagują na nią jak na makabryczne zdjęcia na opakowaniach papierosów. Tłumaczą sobie, że te straszne rzeczy ich nie dotyczą. I choć w Polsce pali dziś znacznie mniej osób niż w latach 80. XX w., gdy paliło ponad 40 proc. Polaków – dziś jest ich ok. 30 proc. – to po papierosy sięgają osoby w sile wieku. Najwięcej uzależnionych jest w grupach wiekowych od 40 do 49 lat i od 50 do 59 lat. Wśród młodych ten wskaźnik na szczęście jest mniejszy, głównie dzięki temu, że palenie przestało być modne. Pomagają też ograniczenia, których w naszym kraju jest dość dużo i które znacznie uprzykrzają życie palaczom. W niektórych krajach nadal funkcjonują pokoje hotelowe dla palących czy palarnie w miejscach publicznych. U nas, by zapalić, trzeba wyjść na zewnątrz, a przed niektórymi biurowcami obowiązują zakazy palenia. Wiele osób skutecznie to zniechęca, a przynajmniej zmusza do dłuższych przerw między kolejnymi papierosami.

Czytaj więcej

Gdy trudno o każdy oddech

O szkodliwości palenia dużo częściej mówi się też w mediach.

Coraz więcej wiemy o pożytkach z rzucenia palenia i jako państwo powinniśmy dążyć do tego, by społeczeństwo przestawało palić. W publicznym systemie ochrony zdrowia powinny funkcjonować poradnie antynikotynowe, które realizowałyby zasady tzw. minimalnej interwencji antynikotynowej (MIA), opierającej się na zasadzie „pięciu P": „pytaj, poradź, planuj, pamiętaj, pomagaj". Pierwszy etap to rozmowa z pacjentem – uświadomienie mu, jak szkodliwy jest to nałóg, i wyczucie, czy ma on chęć rzucenia palenia. Część osób o tym nie myśli, inne nie wiedzą, jak do tego podejść.

Jak może im w tym pomóc lekarz?

Rolą lekarza jest właściwie zmotywować pacjentów, pokazać, że rzucenie palenia to najlepsza inwestycja nie tylko w zdrowie i lepsze samopoczucie, ale także w wygląd, życie rodzinne i kwestie finansowe. Paczki papierosów wypalane w ciągu miesiąca kosztują nawet kilkaset zł! Ważna jest też analiza nawyków związanych z paleniem, zastanowienie się, w którym momencie dnia najczęściej sięgamy po papierosy i kiedy najciężej będzie nam z nich zrezygnować. Palący mają swoje rytuały – papieros towarzyszy u nich porannej kawie albo chwili relaksu po obiedzie. Wśród „pięciu P" jest także „pomagaj", czyli wsparcie dla tych, którym z rzucaniem palenia trudno sobie poradzić samemu. Takim pacjentom pomaga psycholog, ale też farmakoterapia: terapia nikotynozastępcza, np. w postaci nikotyny w tabletkach czy sprayu, czy też tabletek powodujących wysycenie receptorów nikotyny. Rozwiązaniem mogą być też podgrzewacze tytoniu, które amerykańska Agencja Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA) uznała za wyrób medyczny, będący etapem przejściowym w rzuceniu palenia, tzw. produkt tytoniowy o zmodyfikowanym ryzyku (modified risk tobacco product). Dowiedziono, że podgrzewacze tytoniu, tzw. produkty „heat-not-burn", zawierają od 90 do 97 proc. mniej karcynogenów i substancji smolistych drażniących drogi oddechowe.

Za każdym razem, gdy w przestrzeni publicznej pada stwierdzenie, że produkty tytoniowe o zmniejszonej szkodliwości czy o zmodyfikowanym ryzyku mogą być przydatne w rzuceniu palenia, odzywają się ich przeciwnicy. Dowodzą, że to nowy sposób koncernów tytoniowych, by zarabiać na nałogu i że teraz, gdy niemodnie jest palić, młodzi przerzucają się na elektroniczne papierosy. Sugerują, że samo mówienie o nich może zachęcać do nałogu, a palący mogą go z powodzeniem rzucić bez pomocy.

Nie każdy pacjent jest w stanie rzucić palenie od razu, co pokazują lata doświadczeń tysięcy lekarzy i samych palących. Sekwencyjny sposób rzucania palenia, przedstawiony przez Polskie Towarzystwo Chorób Cywilizacyjnych, zakłada, że wspomaganie się produktami tytoniowymi o zmniejszonej szkodliwości czy o zmodyfikowanym ryzyku powinno być ostatnim etapem wspierania pacjentów w rzucaniu palenia, przeznaczonym dla tych, w przypadku których wszystkie inne metody zawiodły. Pierwszym krokiem powinno być motywowanie pacjenta podczas wizyty w gabinecie lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, połączone z edukacją pacjenta. Jeśli pacjent nie może poradzić sobie sam, lekarz powinien skierować go do poradni rzucania palenia. Podgrzewacze tytoniu są dopiero na końcu. Nie każdy będzie potrafił rzucić nałóg bez takiego wsparcia, a z punktu widzenia lekarza lepiej, by pacjent rozstający się z paleniem przyjmował samą nikotynę, bez chorobotwórczych substancji smolistych. Lekarz powinien nie tylko motywować pacjenta do rzucania palenia i analizować jego nawyki, ale także nagradzać go, doceniać i być dla niego wyrozumiałym. Nie uważam więc, że samo mówienie o produktach tytoniowych o zmniejszonej szkodliwości jest rodzajem reklamy. Oczywiście, na pewno w tym obszarze funkcjonuje jakieś lobby, podobnie jak w przypadku leków na dyslipidemię czy nadciśnienie tętnicze. Firmy farmaceutyczne działają na rzecz dopuszczenia do stosowania danych leków, ale żeby FDA zarekomendowała je w danym wskazaniu, musi otrzymać dane z badań klinicznych udowadniające, że owe leki działają i że są bezpieczne. W dodatku od niedawna obowiązuje nowy wymóg – jeśli ktoś chce wprowadzić na rynek nowy lek, musi dowieść, że jest on przynajmniej tak dobry, jak obecny na rynku złoty standard, czyli najlepsza – według aktualnej praktyki – metoda leczenia.

Jak wielu pacjentów trafiających do pańskiego gabinetu to palacze?

Myślę, że nieco więcej niż średnia populacyjna – nie 30, ale 40 proc., bo choroby sercowo-naczyniowe są częstsze wśród palących. Zdarza się, że część zrezygnowała przez pandemię – w domu, na pracy zdalnej, nie było już okazji do towarzyskich wyjść na papierosa, poza tym w domu nie chcą palić, często też nie pozwala im na to rodzina. Część jednak, z powodu stresu związanego z pandemią, po papierosy sięgnęła na nowo. Oni częściej chcą rozstać się z nałogiem. Podobnie jak ci u progu czterdziestki, kiedy wiele osób robi swoisty bilans życia, także zdrowotny.

Jak pan ich zachęca?

Mówię o sobie, jak sam to zrobiłem. Jako były palacz wiem, jaki to problem i jak trudno sobie z nim poradzić. Tłumaczę, że sam pokonałem go, korzystając ze sprawdzonych metod, rekomendowanych przez towarzystwa naukowe. Muszę przyznać, że w motywowaniu pacjentów mam pewne sukcesy, zwłaszcza u ludzi w okolicach 30–40 lat.

Co ich przekonuje?

Mój sposób jest prosty. Biorę do ręki narzędzie Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego Score 2, czyli tablicę, uwzględniającą pięć parametrów: wiek, płeć, skurczowe ciśnienie tętnicze, cholesterol non-HDL i status pod kątem palenia tytoniu. Ta tablica pokazuje ryzyko zawału serca i udaru. Mówię do pacjenta: „Teraz pańskie ryzyko to 10 proc., ale jak pan przestanie palić i włączę leki na nadciśnienie, to w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy zdołamy obniżyć to ryzyko nawet o połowę, a jeśli obniży się poziom cholesterolu, to nawet do 3 proc. Jeśli do tego wszystkiego pan schudnie, to po kilku latach zmniejszymy ryzyko do 1 proc. Dziesięciokrotne zmniejszenia ryzyka zawału lub udaru w ciągu 10 lat to duży sukces". Szkoda, że statystycznie rzeczywiste zmiany stylu życia udaje się wprowadzić raptem 15 proc. pacjentów.