Jak pandemia wpłynęła na leczenie chorób serca?

To, co się stało, jest wręcz nie do zrozumienia – oto w związku z jedną infekcją prawie „zapadła się" cywilizacja, a już na pewno zawiodła ochrona zdrowia. Sporą rolę odegrał tu wątek strachu, który w początkach pandemii został wyolbrzymiony. Spowodował, że inne choroby, np. sercowo- naczyniowe, teoretycznie przestały być istotne. Wszyscy skupili się na walce z covidem, licząc na to, że skoro z całą resztą chorób jakoś sobie radziliśmy, to i teraz sobie poradzimy. Tylko tak sobie radziliśmy, żeśmy się rozbroili, straciliśmy system, który był wydolny, i doprowadziliśmy do tego, że przestraszony pacjent siedział w domu.

Prof. Robert Gil jest kierownikiem Kliniki Kardiologii Inwazyjnej MSWiA w Warszawie.

Czy do czwartej fali jesteśmy przygotowani trochę lepiej?

Choć czwarta fala zbliża się z opóźnieniem, znowu nastawiamy się na optymistyczny scenariusz mniejszej liczby zakażeń i hospitalizacji. Tyle że nasza efektywność w walce z covidem wiele się nie poprawiła. Jeśli system znów zostanie zdominowany przez infekcję covidową, to pacjenci planowi, ale też z zachorowaniami ostrymi, z innych obszarów medycyny będą ginąć, a w każdym razie pogarszać swój stan zdrowia.

Jak skupienie na koronawirusie przełożyło się na sytuację pacjentów kardiologicznych?

Według szacunków Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (PTK) w 2020 r. tylko 12–18 proc. pacjentów z ostrym zespołem wieńcowym zakwalifikowano do programu koordynowanej opieki nad pacjentem z zawałem serca KOS-Zawał, znacznie mniej od spodziewanych 40 proc. i od wyników uzyskiwanych na Zachodzie. Przed pandemią zatwierdzono KONS – program koordynowanej opieki nad pacjentem z niewydolnością serca, będący ewenementem na skalę światową, bo zakładający opiekę już na poziomie lekarza POZ. Nagłaśniany medialnie, miał zaraz ruszyć, dwukrotnie mówiono nawet o przeznaczonych nań kwotach. Jego wdrożenie opóźniono na tyle, że nie ruszył do dziś. Z kolejnego programu, dotyczącego hipercholesterolemii, w ciągu 1,5 roku skorzystało mniej niż 200 osób. Z kolei programem koordynowanej opieki nad pacjentem z migotaniem przedsionków nikt nie jest zainteresowany.

Dlaczego zrezygnowano z koordynowanych programów w tej dziedzinie?

Proponowana Krajowa Sieć Kardiologiczna stanowi spore niebezpieczeństwo dla chorych kardiologicznych.

To raczej wybór innej ścieżki dofinansowania kardiologii. Ale proponowana Krajowa Sieć Kardiologiczna (KSK) stanowi spore niebezpieczeństwo dla chorych kardiologicznych. Teoretycznie ma zwiększyć liczbę procedur wysokospecjalistycznych, ale daleko jej do zakresu opieki zapewnianej przez specjalistyczne programy skoordynowane. Analiza założeń KSK przynosi wiele pytań i wątpliwości. Przede wszystkim dlatego, że pieniądze na jej finansowanie będą ściągane najprawdopodobniej z innych obszarów kardiologii. Niepokoi organizacja KSK, zakładająca wprowadzenie ośrodka koordynującego i podział na tzw. poziomy referencyjności. Poziomy mają ustalać tzw. ośrodki koordynujące. Na Mazowszu, gdzie podobno ruszył już program pilotażowy KSK, takim ośrodkiem jest Instytut Kardiologii (IK). Obawiam się, że ta koordynacja sprowadzać się będzie do tego, że jedne ośrodki będą pacjentów przygotowywać do zabiegów wysokospecjalistycznych, inne będą odbierać pacjentów po takich zabiegach, a same zabiegi będą robiły tylko wybrane. I zapewne zdecydowaną większość tychże wykona ośrodek koordynujący, a skromną resztą „podzieli się" ze „szczęśliwcami". Przypomina to system funkcjonujący w PRL. Należy zadać sobie pytanie: po co nam jacyś koordynatorzy? Czy nie wystarczą jasne zasady przestrzegane na etapie podpisywania umów oraz kontrolowane przez NFZ jak inne zakresy?

Jest pan przeciwny wprowadzaniu KSK?

Każde dodatkowe pieniądze dla kardiologii to wartość dodana, ale uważam, że to nie czas na testowanie „nowego" systemu, w którym nowość to koordynowanie. Co tu testować? Trzeba wiedzieć, ile jest pieniędzy, uwolnić rynek i pozwolić działać wszystkim ośrodkom, które spełniają powszechnie znane kryteria. Skoro we wszystkich procedurach kontrolę jakości prowadzi NFZ, to dlaczego w KSK ma to robić konkretny ośrodek i raportować do centrali w Warszawie? Ile osób będzie brało pieniądze tylko za to, by kontrolować? Ile będzie z tego tytułu różnych pomysłów, np. na wspólne zakupy i centralny przetarg? Dystrybucja sprzętu z zakupu centralnego nie należy do łatwych i utrwala mniejszą liczbę ośrodków wykonujących wysoką „specjalistykę". W dodatku w kardiologii mamy olbrzymią dziurę pokoleniową i gdy ludzie z ambitnych małych ośrodków dowiedzą się, że w ramach sieci nie mogą wykonywać pewnych zabiegów, bo ich ośrodki nie dostały na nie przydziału, to chętnych na specjalizację z kardiologii będzie jeszcze mniej.

Czyim pomysłem jest Krajowa Sieć Kardiologiczna?

W kardiologii mamy olbrzymią dziurę pokoleniową.

Zapewne doradców ministra zdrowia, bo na pewno nie Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Na szczęście w radzie ekspertów KSK znalazło się dwóch członków PTK. Dlatego wierzę, że KSK niejako implementuje już funkcjonujące, obiecane, jak i kolejne programy skoordynowanej opieki nad pacjentem kardiologicznym. Co więcej, tylko wtedy będzie można myśleć o sukcesie zgłaszanego na początku roku Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia, mającego zaspokoić potrzeby kardiologiczne w najbliższym dziesięcioleciu.

PTK jest postrzegane jako przede wszystkim organizacja promująca naukę i edukację wysokospecjalistyczną. Uważam, że powinno zacząć bardziej aktywnie walczyć o interesy swoich pacjentów. I nie jest tak, że PTK dotychczas tego nie robiło, ale była to działalność stosunkowo mało efektywna, bo oparta na zaangażowaniu pasjonatów. Jako kandydat na prezesa elekta PTK uważam, że potrzebujemy nowej struktury, którą nazywam Biurem Eksperckim PTK, złożonej z fachowców w dziedzinach, na których się nie znamy – prawników, ekonomistów, finansistów i zajmujących się komunikacją. Musimy zacząć inwestować pieniądze, również po to, by lepiej edukować kardiologów. Czas zacząć efektywniej działać na rzecz środowiska i pacjentów.