Na cmentarzu łopotały biało-czerwone flagi, na przybycie głowy państwa czekała kompania reprezentacyjna wojska polskiego. Kilkuset przedstawicieli Rodzin Katyńskich składało kwiaty pod tabliczkami z nazwiskami ojców.
Już kilkanaście minut po wypadku rozniosła się informacja, że z prezydenckim samolotem stało się coś złego. Zapanowała nerwowość, wreszcie na mównicę wyszedł minister Jacek Sasin. - Mówił krótko. Że samolot uległ katastrofie, że wygląda to, że wszyscy nie żyją. Coś ścisnęło mnie za gardło. Spojrzałem na ludzi obok. Zbledli. Nie dowierzali. Czy to jakiś żart? – relacjonuje obecny na uroczystościach Krzysztof Sikora, przewodniczący sejmiku Kujawsko-Pomorskiego.
Natychmiast flagi ściągnięto do połowy masztów i rozpoczęto msze za dusze zabitych. Miejsce prezydenta pozostało wolne. Przy jego krześle położono wieniec, który miał zostać złożony pod monumentem poświęconym rozstrzelanym oficerom. – To jakaś makabra. Brzmi to tak surrealistycznie. Taka katastrofa. I to tutaj – w miejscu kaźni naszych ojców? Smoleńsk staje się jakimś straszliwym, traumatycznym miejscem dla narodu polskiego – mówił Jan Felicki, syn zamordowanego w Katyniu porucznika Stanisława Felickiego.
Członkowie Rodzin Katyńskich ułożyli ze zniczy krzyż z napisem: „Dla tych, którzy zginęli. Katyń 2”. Wiele kobiet płakało. – Dla naszego narodu to tragedia o wiele większa, niż katastrofa na Gibraltarze i śmierć generała Sikorskiego. Tam zginęło kilka osób, tu podobno ponad 130. Lech Kaczyński jest już drugim prezydentem RP, który zginął tragicznie. W 1923 roku zastrzelono Gabriela Narutowicza. Co za nieszczęśliwy urząd – dodał Felicki.
Poruszeni byli harcerze, urzędnicy, żołnierze i Polacy mieszkający w Rosji, którzy przybyli do Katynia, aby wspólnie z prezydentem pomodlić się za dusze zamordowanych oficerów. – Tymczasem okazało się, że musieliśmy się modlić również za duszę prezydenta i innych zabitych. Ich rodziny są teraz w tragicznej sytuacji. Przeżywają wielkie nieszczęście. Nie Bóg ma ich w opiece – mówił ksiądz Mirosław Meizner.