Wczesnym rankiem sobotnim w Smoleńsku świeciło słońce. Rychło jednak ciężkie chmury zawisły nisko nad miastem i kiedy dotarliśmy do Lasu Katyńskiego, panował tam półmrok, wilgoć i przenikliwy ziąb. A stawiły się setki ludi – przede wszystkim członkowie Rodzin Katyńskich – z najdłuższego pociągu osobowego, jaki kiedykolwiek przyjechał tu z Polski.
Niecierpliwie wypatrywano prezydenta. Spóźniał już pół godziny, kiedy zadzwoniła pierwsza komórka. Potem druga, trzecia... Co? Samolot spadł? Zapalił się? Całkiem się spalił? Ktoś zginął? Kto?! Jezus Maria! Okrutna prawda powoli docierała do ludzi. Minęły godziny, zanim poznali prawdę i pojęli ją w pełni. Ale groza zaczęła pełzać od pierwszych chwil. Ze Smoleńska najpierw docierała do Warszawy i dopiero stamtąd telefonami komórkowymi na cmentarz katyński. Widziałem obok posępną twarz Antoniego Macierewicza i wstrząśniętą Beatę Kępę. Szlochającą dziewczynkę utulały niewiele starsze pracownice Rady Ochrony Pamięci Walk i męczeństwa. To była córka Andrzeja Przewoźnika, którą ojciec wysłał pociągiem...
Ludzie odruchowo gromadzili się na placu przed ołtarzem. Zniknęły osobne sektory dla VIP–ów, prasy, pocztów sztandarowych. Tylko to jedno krzesło z wieńcem pozostało puste. Zanim jeszcze ogłoszono oficjalny komunikat, zanim rozpoczęła się msza święta w intencji tych elit, które zamordowano tu 70 lat temu, i tych, które tragicznie odeszły niemal przed chwilą, księża zaczęli odmawiać z wiernymi koronkę do miłosierdzia Bożego.
Pod powałą wilgotnych chmur, zapewne takich samych jak kiedyś sosen, brzóz i świerków, zziębnięci ludzie wymawiali polskie słowa modlitwy. Słychać było jeszcze ptaki, bo to nieprawda, że w Lesie Katyńskim nie śpiewają. Świergocą jak wszędzie w kwietniu. Podczas wojny też je słyszano. Wtedy rzucano trupy do znajdujących się tuż obok dołów śmierci.
Po latach szczątki polskich oficerów przeniesiono do sześciu mogił zbiorowych nakrytych krzyżami. W sobotę obok nich ustawiono krzesła. Przy krzesłach stanęli goście z pociągu, który przyjechał z Polski. Stanęli jeden obok drugiego i powtarzali za kapłanem: ... módl się za nami wszystkimi teraz i w godzinie śmierci naszej. Amen.