Był drugim po Zygmuncie Chychle (zmarł kilka miesięcy temu) polskim złotym medalistą igrzysk olimpijskich w boksie. W Rzymie liczono, że będzie nim Zbigniew Pietrzykowski lub Leszek Drogosz, ale tylko Paździor stanął na najwyższym stopniu podium. 5 września 1960 roku pokonał w Pallazzo dello Sport Włocha Sandro Lopopolo stosunkiem głosów 4:1.

Walczył tak jak na „filozofa ringu” przystało – głową. – Ani wcześniej, ani później nie spotkałem kogoś takiego jak Paździor – mówi „Rzeczpospolitej” Jerzy Kulej, inny z polskich mistrzów olimpijskich w boksie, którego wiadomość o śmierci pięć lat starszego kolegi zastała na Mazurach.

– Poznałem go w 1959 roku, na turnieju „Trybuny Ludu” we Wrocławiu. Wypykał mnie w swoim stylu, ale w pierwszej rundzie miałem go na deskach . Był niezwykle trudnym przeciwnikiem, o czym przekonał się też Józef Grudzień, z którym Paździor wygrywał – wspomina Kulej.

Przyszły mistrz olimpijski, mistrz Europy i dwukrotny mistrz Polski pierwsze bokserskie kroki stawiał w Broni Radom. Co ciekawe, Paździor wcześniej został mistrzem Europy (1957) niż Polski (1958).

Rok po igrzyskach w Rzymie, mając zaledwie 26 lat, zakończył karierę. Pytany później, dlaczego jej nie kontynuował, powie tylko, że zdobył wszystko, więc mógłby się już tylko powtarzać.

– Zawsze chadzał własnymi drogami. Nie było łatwo zyskać jego przyjaźń. Miał swoje zdanie, które szanował też Feliks Stamm. Mało kto o tym wie, ale to Paździor był najbliżej „Papy” w ostatnich latach życia naszego najwybitniejszego trenera – przypomina Kulej. Kazimierz Paździor nie zamierzał jednak odcinać kuponów od swojego olimpijskiego sukcesu.

Przed igrzyskami skończył wieczorowe technikum ekonomiczne, a później rozpoczął studia w Szkole Głównej Planowania i Statystyki.

Kiedy zdecydował, że będzie szkoleniowcem, zapisał się jeszcze na dwuletnie studium trenerskie. Z chorobą walczył do końca twardo, nie skarżąc się na nic. Gdyby to był ring, najpewniej wyszedłby z tej batalii zwycięsko.