Kościoła bronić trzeba. Kościół jest częścią naszej tożsamości i historii, trwał i podtrzymywał nas, gdy nie było polskiego państwa albo było to państwo udawane. Kościół – i ten instytucjonalny, i ten mistyczny – jest fundamentem zasad, które Zachód przyjął jako uniwersalne i bez których zginie. Jakkolwiek może to być śmierć niemal niedostrzegalna, a nie wielka katastrofa. Jak u Eliota – nie z hukiem, ale skomleniem.

Problem pojawia się, gdy ludzie Kościoła instytucjonalnego tak bardzo szkodzą sobie sami, że obrona staje się niemożliwa. Bo jak pomagać komuś, kto sam sobie pomóc nie chce?

Jeden z pierwszych wielkich i zarazem tragicznych epizodów w dziejach Kościoła w Polsce wiąże się ściśle z polityką. Zdarzyło się to w roku 1079, 21. roku panowania Bolesława Śmiałego, zwanego też Szczodrym. Gall Anonim opisał zdarzenie lakonicznie: „Jak zaś doszło do wypędzenia króla Bolesława z Polski, długo byłoby o tym mówić; tyle wszakże można powiedzieć, że nie powinien był pomazaniec na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. Wiele mu [Bolesławowi] to bowiem zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował i za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków”. Krakowskiego biskupa kanonizowano w 1253 r. Jego szczątki spoczywają w srebrnym sarkofagu w katedrze wawelskiej.

Spory o przyczynę tych wydarzeń trwają do dziś, począwszy od znaczenia łacińskiego słowa traditio, tłumaczonego jako „zdrada”. Paweł Jasienica jednoznacznie stwierdza, że poćwiartowany biskup uczestniczył w spisku możnowładztwa przeciwko królowi. To jednak za prosta interpretacja, co pokazuje w swoich „Dziejach Polski” prof. Andrzej Nowak. Krakowski historyk, cytując różne poglądy, skłania się raczej ku tezie, że św. Stanisław sprzeciwił się despotycznemu sposobowi rządzenia króla Bolesława. Choć nie wyklucza dodatkowych motywacji.

Tak czy owak była to historia zanurzona głęboko w ówczesną bieżącą politykę. Pokazuje ona, że odnoszenia się do polityki Kościół nie może uniknąć, bo polityka kształtuje nasze życie publiczne, decydując, na jakich wartościach je opieramy. Prawa Kościoła do recenzowania polityki z tego punktu widzenia też trzeba bronić.

Co jednak, jeśli hierarcha zaczyna głosić pochwałę konkretnych polityków, porównując ich do ewangelistów? Takie wypowiedzi roztropne nie są. Dają do ręki argumenty tym, którzy chcą widzieć Kościół nie jako strażnika wartości w życiu publicznym, lecz jako partyjną przybudówkę. Jeśli przyjąć interpretację zdarzeń z 1079 r., ku której wydaje się skłaniać prof. Nowak, św. Stanisław stanął przeciw politykowi, ale w obronie wartości. Biskupi, którzy promują konkretną partię czy kandydata – którąkolwiek i któregokolwiek – dokonują nieuprawnionego utożsamienia wartości z ludźmi. Tego niestety bronić się nie da.