Gigantyczne powodzie wywołane monsunowymi deszczami zalały dwie trzecie prowincji Tajlandii. Życie straciło już blisko 400 osób, a milionom żywioł zabrał dach nad głową. Kataklizm do tej pory oszczędził jednak większą część liczącej 12 milionów mieszkańców stolicy.

Zobacz galerię zdjęć z zalanego miasta

Bangkok przetrwał kulminacyjną falę powodziową, choć pod wodą znalazły się jego przedmieścia. Ich ludność protestuje i oskarża władze, że te poświęcają ich domy na rzecz centrum miasta i jego dzielnic przemysłowych.

Mieszkańcy jednej z północnych dzielnic miasta zażądali otwarcia bramy śluzowej, by nagromadzona na ulicach woda mogła opaść. Premier zdecydowała, że śluza zostanie otwarta, ale tylko o metr.

Władze metropolii ostrzegają, że jeśli pozostałe bramy na północy nie pozostaną zamknięte, powódź może dotrzeć do wciąż suchego centrum oraz znajdujących się w mieście fabryk. – Bangkok jest sercem. Możesz odciąć rękę, ale serce musisz zachować, bo jeśli ono przestanie bić, razem z nim umrze wszystko – oświadczyły władze.

Kataklizm zadał poważny cios tajskiej i światowej gospodarce. W związku z zalaniem terenów uprawnych (zniszczeniu uległo blisko 25 proc. upraw ryżu) ceny żywności skoczyły w górę. A w październiku poziom inflacji wzrósł do 4,19 proc.

Wzrosły też ceny dysków komputerowych, których Tajlandia jest jednym z głównych producentów i eksporterów. Poważne problemy mają japońskie koncerny samochodowe produkujące w zalanym kraju części do swoich pojazdów. Przez powódź musiały zredukować albo wstrzymać produkcję w Japonii, Kanadzie i USA.

Tajski rząd pracuje nad planem usunięcia szkód. Szacuje, że może to kosztować nawet ponad 30 mld dol.