Nieznane nagrania z wieży kontroli lotów w Smoleńsku, nowe dokumenty dotyczące sposobu wyjaśniania katastrofy, ekshumacje pasażerów tragicznego lotu 10 kwietnia – z pozoru wygląda na to, że rozwiązał się worek z dowodami, które mogą gruntownie przeorać naszą wiedzę o tragicznych wydarzeniach sprzed sześciu lat.

Owszem, każdy z nowych dokumentów przynosi pewną informację, uzupełnia to, co wiemy o wydarzeniach z kwietnia 2010 roku.

Przykłady? Z nagrań z wieży ma wynikać – według słów dr. Wacława Berczyńskiego, szefa specjalnej podkomisji badania wypadków – iż kontrolerzy lotów podawali pilotom tupolewa nieprecyzyjne dane, które mogły ich wprowadzić w błąd.

Z kolei z opublikowanej przez „Gazetę Polską" notatki ma wynikać, że już na samym początku wyjaśniania katastrofy polscy eksperci skarżyli się na ograniczenia w dostępie do dowodów – z wrakiem samolotu na czele.

Natomiast „Gazeta Polska Codziennie" twierdzi, że ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych Jerzemu Millerowi zależało na tym, by między komunikatami strony polskiej i rosyjskiej nie było dysonansu, aby nie zaczęły powstawać teorie spiskowe.

Nie ma chyba wątpliwości, że kolejne ujawniane materiały stawiają ówczesny rządu w złym świetle. Brak przygotowania, brak dobrej strategii, jak postępować z Rosjanami, bezradność wobec ich konfrontacyjnych zagrań – to wszystko składa się na obraz z jednej strony chaosu, a z drugiej braku profesjonalizmu, co doprowadziło do tego, że wydarzenia przerosły ówczesne polskie władze. A w efekcie popełnionych wówczas błędów oraz złej woli strony rosyjskiej, która do dziś nie oddała wraku, wyjaśnianie przyczyn katastrofy szło jak po grudzie. Przypomnijmy, że po sześciu i pół roku trwa w tej sprawie prokuratorskie śledztwo, zaś wokół tego wydarzenia powstają kolejne teorie – choć Jerzy Miller właśnie ich chciał tak bardzo uniknąć.

Tyle tylko, że o tym wszystkim wiedzieliśmy już wcześniej. O chaosie, który panował w wieży kontroli lotów, o bałaganie przy wyjaśnianiu katastrofy, o kłopotach, które Polakom sprawiali Rosjanie. Przecież o tym, że kontrolerzy wprowadzali pilotów w błąd, dowiedzieliśmy się na konferencji Jerzego Millera, a nie od Antoniego Macierewicza. Nawet jeśli dziś odnajdywane są dokumenty, które zwiększają naszą wiedzę o szczegółach, nie dowiadujemy się niczego, co by całkowicie zmieniało naszą wiedzę o katastrofie.

To dobrze, że poznajemy nowe dokumenty i jesteśmy coraz bliżej zgromadzenia wiedzy, która pomoże wyjaśnić wszystko do końca i zamknąć sprawę.

Tyle tylko, że PiS może mieć kłopot ze spełnieniem oczekiwań swoich wyborców po tym, jak wysoko ustawił poprzeczkę wieloletni szef parlamentarnego zespołu wyjaśniającego katastrofę smoleńską, czyli właśnie Antoni Macierewicz.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

To przecież na posiedzeniach jego zespołu przedstawiano symulacje mające dowodzić wybuchów, mówiono o sztucznej mgle itd. Przecież w sierpniu 2012 roku Macierewicz zapewniał, że piloci wcale nie lądowali w Smoleńsku, przyczyną katastrofy były zaś dwie eksplozje maszyny. Teraz dr Berczyński, zaufany człowiek Macierewicza, mówi, że piloci podczas lądowania byli wprowadzani w błąd, a więc jednak lądowali. Słyszymy też o błędnym odczycie czarnych skrzynek, a nie o tym, że znaleziono coś, co prawdopodobniałoby zamach.

Niedługo minie rok od wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborów, a mimo to politycy tej partii wciąż nie przedstawili dowodów na to, że katastrofa przebiegała w znacząco inny sposób, niż wiadomo było dotychczas.

Dlaczego?