Jakie miała pani dzieciństwo?
Mária Wittner : Nie wzrastałam przy rodzicach. Gdy miałam dwa lata, trafiłam na wychowanie do karmelitek, to one wpoiły mi wartości zasadnicze dla mojego życia: humanitarność, miłość ojczyzny i nie mniej ważną wiarę, która pomogła mi przejść przez wiele różnych sytuacji, również w tych najtrudniejszych okresach. W wieku 13 lat musiałam siostry opuścić, gdyż w 1950 roku ich placówkę znacjonalizowano. Przekazano mnie wówczas pod opiekę państwa. Następnie po osiągnięciu pełnoletniości, jako że urodziłam się w Budapeszcie, otrzymałam zgodę na zamieszkanie w stolicy. Zarabiałam praniem, sprzątaniem, odśnieżaniem.
Miała pani 19 lat, gdy wybuchła rewolucja. Jak się pani w nią wplątała?
Najpierw poszłam z demonstrującymi pod siedzibę organu partii komunistycznej Szabad Nép, a potem, gdy usłyszeliśmy, że przy węgierskim radiu strzelają, ruszyliśmy tam tłumnie. Budynku bronili awosze. Ja weszłam na dach domu naprzeciwko, gdzie było dwóch chłopaków, którzy mieli broń. Pokazali mi, jak trzeba załadować „gitarę" – tak wszyscy nazywali wtedy u nas pepesze – i ja im je ładowałam. Nie wróciłam już do domu. Walczyłam w zaułku Corvina i na ulicy Vajdahunyad. 4 listopada, kiedy nastąpiła druga interwencja sowiecka, której celem było stłumienie rewolucji, zostałam ranna, a gdy znów mogłam chodzić, wyemigrowałam. Później zaś uwierzyłam Jánosowi Kádárowi i jego ekipie, że nie będzie represji, można wracać do kraju. No i wróciłam. W lecie 1957 roku zostałam aresztowana. Wraz z upływem czasu moja „wartość" rosła. Z początku groziło mi pięć lat, z tego zrobił się stryczek, a w końcu – dożywocie. Moich towarzyszy, z którymi byłam sądzona w tym procesie, co do jednego stracono. Ja 217 dni spędziłam w celi, czekając na wykonanie wyroku śmierci, zanim zmieniono go na dożywocie. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego akurat ja się uratowałam. Bardzo trudna była droga z rozprawy z powrotem do więzienia. Nieustannie chodziło mi po głowie, że sędzia zdjął sznur jedynie ze mnie, cóż będę mogła powiedzieć pozostałym? Że jest mi przykro? Człowiek miał wręcz wyrzuty sumienia, że przeżył. Dlatego mam zwyczaj mówić, że jednym z największych grzechów tego całego zgniłego reżimu komunistycznego było to, że obrócił ludzi przeciwko sobie. A my przecież robiliśmy na ulicach tylko to, co do nas należało, w imię poczucia obowiązku względem ojczyzny. Myślę, że rewolucjonistami staliśmy się nie w 1956 roku, raczej uczyniły nas nimi tak naprawdę lata więzienia, które po nim nastąpiły.
Wyszła pani na wolność jako jedna z ostatnich spośród swych towarzyszy. Jak pani sądzi, czemu tak się stało?