Reklama

W imię poczucia obowiązku względem ojczyzny

Mária Wittner, która w tym roku skończyła 82 lata, w czasie rewolucji 1956 roku aktywnie uczestniczyła w walkach o wolność, została nawet raniona odłamkami miny. Po zdławieniu rewolucji Márię Wittner skazano na karę śmierci, następnie wyrok zmieniono na dożywotnie więzienie. Jej nazwisko kraj mógł poznać dopiero po transformacji ustrojowej. W latach 2006–2014 była posłem do węgierskiego parlamentu z ramienia partii Fidesz. Zgodnie z oświadczeniem majątkowym, jakie musiała złożyć jako parlamentarzystka, nie dysponowała żadnym majątkiem.

Aktualizacja: 22.11.2019 08:58 Publikacja: 21.11.2019 15:27

W imię poczucia obowiązku względem ojczyzny

Foto: materiały prasowe

Jakie miała pani dzieciństwo?

Mária Wittner : Nie wzrastałam przy rodzicach. Gdy miałam dwa lata, trafiłam na wychowanie do karmelitek, to one wpoiły mi wartości zasadnicze dla mojego życia: humanitarność, miłość ojczyzny i nie mniej ważną wiarę, która pomogła mi przejść przez wiele różnych sytuacji, również w tych najtrudniejszych okresach. W wieku 13 lat musiałam siostry opuścić, gdyż w 1950 roku ich placówkę znacjonalizowano. Przekazano mnie wówczas pod opiekę państwa. Następnie po osiągnięciu pełnoletniości, jako że urodziłam się w Budapeszcie, otrzymałam zgodę na zamieszkanie w stolicy. Zarabiałam praniem, sprzątaniem, odśnieżaniem.

Miała pani 19 lat, gdy wybuchła rewolucja. Jak się pani w nią wplątała?

Najpierw poszłam z demonstrującymi pod siedzibę organu partii komunistycznej Szabad Nép, a potem, gdy usłyszeliśmy, że przy węgierskim radiu strzelają, ruszyliśmy tam tłumnie. Budynku bronili awosze. Ja weszłam na dach domu naprzeciwko, gdzie było dwóch chłopaków, którzy mieli broń. Pokazali mi, jak trzeba załadować „gitarę" – tak wszyscy nazywali wtedy u nas pepesze – i ja im je ładowałam. Nie wróciłam już do domu. Walczyłam w zaułku Corvina i na ulicy Vajdahunyad. 4 listopada, kiedy nastąpiła druga interwencja sowiecka, której celem było stłumienie rewolucji, zostałam ranna, a gdy znów mogłam chodzić, wyemigrowałam. Później zaś uwierzyłam Jánosowi Kádárowi i jego ekipie, że nie będzie represji, można wracać do kraju. No i wróciłam. W lecie 1957 roku zostałam aresztowana. Wraz z upływem czasu moja „wartość" rosła. Z początku groziło mi pięć lat, z tego zrobił się stryczek, a w końcu – dożywocie. Moich towarzyszy, z którymi byłam sądzona w tym procesie, co do jednego stracono. Ja 217 dni spędziłam w celi, czekając na wykonanie wyroku śmierci, zanim zmieniono go na dożywocie. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego akurat ja się uratowałam. Bardzo trudna była droga z rozprawy z powrotem do więzienia. Nieustannie chodziło mi po głowie, że sędzia zdjął sznur jedynie ze mnie, cóż będę mogła powiedzieć pozostałym? Że jest mi przykro? Człowiek miał wręcz wyrzuty sumienia, że przeżył. Dlatego mam zwyczaj mówić, że jednym z największych grzechów tego całego zgniłego reżimu komunistycznego było to, że obrócił ludzi przeciwko sobie. A my przecież robiliśmy na ulicach tylko to, co do nas należało, w imię poczucia obowiązku względem ojczyzny. Myślę, że rewolucjonistami staliśmy się nie w 1956 roku, raczej uczyniły nas nimi tak naprawdę lata więzienia, które po nim nastąpiły.

Wyszła pani na wolność jako jedna z ostatnich spośród swych towarzyszy. Jak pani sądzi, czemu tak się stało?

Reklama
Reklama

Wyszłam na wolność 25 marca 1970 roku, razem z dwiema innymi kobietami skazanymi za udział w walkach 1956 roku. Być może dlatego tak późno, że okazałyśmy się nie do złamania. Zgodnie z oficjalnym uzasadnieniem: na podstawie amnestii ogłoszonej z okazji 25. rocznicy „wyzwolenia kraju przez Armię Czerwoną". Ale to powiedziano tylko nam. W rzeczywistości wolność uzyskałyśmy nie dzięki amnestii, lecz „pod stołem", by tak rzec. W 1970 roku nie można było bowiem udzielić amnestii tym, którzy walczyli w 1956, bo zgodnie z powszechną wiedzą takich od dawna nie było już w więzieniu. Jesienią 1969 roku ukazał się przecież wywiad z Kádárem, który przeprowadził pewien amerykański dziennikarz. Zapytał wtedy, czy na Węgrzech są jeszcze więźniowie polityczni. Kádár skłamał, że nie ma, bo już w 1963 roku wszystkich wypuszczono. A jako żywe tego zaprzeczenie byłyśmy tam my trzy!

Czy jest pani zadowolona z tego, co wydarzyło się po 1990 roku?

Przyszłoby mi z trudem poczuć zadowolenie. Nigdy bym nie pomyślała, że nie będą pociągnięci do odpowiedzialności komunistyczni przestępcy, że nie zostanie wymierzona należna sprawiedliwość. Wciąż walczę o to, żeby tak się stało.

—rozmawiał Attila Szalai

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama