Zwycięstwo Donalda Trumpa zaskoczyło pana?
Nie. Ostrzegałem przed tym od pewnego czasu w europejskiej i amerykańskiej prasie. Mieszkam w wiosce 100 km na północ od Nowego Jorku, w dolinie rzeki Hudson. Wszyscy tu zamierzali głosować na Republikanów. Mówili, że robią to z powodu wysokiej inflacji. Ale inflacji już w USA właściwie nie ma! A walka z nią i tak nie leży w gestii prezydenta. Wspominali więc o drożyźnie, aby ukryć prawdziwy powód: bo nie lubią czarnych. Tu jest wiele hipokryzji. Elektorat trumpowy jest tak naprawdę mocno rasistowski, ksenofobiczny, antyemigracyjny. Intelektualiści w Europie i w Stanach wskazują, że Trump jest faszystą, ma ciągoty autorytarne. Jednak dla jego wyborców ważne jest zupełnie coś innego. On utożsamia pewną wizję tradycyjnej, białej Ameryki. Kamala walcząc o ratowanie demokracji nie zrozumiała, że nie to jest stawką tych wyborów. Powinna była przekonywać wyborców, że i ona będzie bronić amerykańskiej tożsamości. Na całym świecie to już nie podział na prawicę i lewicę definiuje politykę. To samo co w USA widzimy w Indiach, Brazylii czy Polsce.