Koncept tzw. hubu mobilności zdaje egzamin. W Warszawie działają na razie dwa takie miejsca – przy kompleksach biurowych na Mokotowie i Ochocie. W pierwszym przypadku w ciągu roku ruch wzrósł o 150 proc., a jedną trzecią wypożyczeń stanowił car-sharing (resztę jednoślady – rowery, skutery, hulajnogi).

Czytaj więcej

Tomasz Adamczyk: Pożegnanie z marzeniami o tłoku

Jak dowiaduje się „Rzeczpospolita”, to dopiero próba generalna przed ekspansją tego konceptu. Ma uporządkować tzw. współdzieloną mobilność, która dostępna jest już w 200 miastach w Polsce (składa się na nią w sumie 125 tys. pojazdów).

Dotąd panowała wolna amerykanka – auta i hulajnogi pozostawiano gdzie popadnie. Huby mają też integrować pojazdy na minuty z komunikacją publiczną, aby prywatne auta w metropoliach powoli szły w odstawkę, co w efekcie ma udrażniać zakorkowane ulice. O tym, że taki model działa, przekonuje doświadczenie Wiednia czy wielu miast belgijskich, holenderskich i niemieckich.

Jak wyjaśnia „Rzeczpospolitej” Adam Jędrzejewski, prezes stowarzyszenia Mobilne Miasto, w Berlinie stworzono już 62 tego typu obiekty. Austriacki projekt WienMobil Stationen zakłada nawet sto takich lokalizacji do 2025 r., z finansowaniem w wysokości 15 mln euro.

W ślady tych miast może pójść Warszawa. Opracowane przez Amsterdam Institute for Advanced Metropolitan Solutions studium wykonalności zakłada, że w stolicy mogłoby powstać nawet do 750 hubów. W ratuszu mówią, że nie ma na razie konkretnego planu lokalizacji czy harmonogramu budowy, ale jest konsultowany program, który „skłania do podjęcia inicjatywy w tym zakresie”.

Czytaj więcej

Wszystkie współdzielone pojazdy w jednym miejscu