[b]Rz: Pani pierwszą rolą był wilk w szkolnej adaptacji „Czerwonego Kapturka”. Dostała ją pani z przydziału, czy sama się zgłosiła?[/b]

Zgłosiłam, to mało powiedziane. Po raz pierwszy, i jak dotąd jedyny, z taką determinacją walczyłam o rolę. Masakrycznie się uparłam na tego wilka. Koledzy reagowali z rezerwą, a nauczycielka przekonywała: – Ale zobacz, przecież Tomek Feliński tak ładnie robi wilka! A ja byłam bliska rozpaczy. Nie zależało mi na babci ani Czerwonym Kapturku. Wilk to najważniejsza i najbardziej interesująca postać, no i był kreacją. Nie wiem, jak zagrałam, ale zaraz po przedstawieniu dyrektorka zapytała nauczycielkę: „A dlaczego nie obsadziłaś Kuny?”. To był największy komplement.

[b]Później też wybierała sobie pani role?[/b]

Nigdy nie miałam takiego komfortu. Z reguły dostaję jedną propozycję i ją przyjmuję. Zdarzało mi się odmawiać udziału w filmie z powodów rodzinnych albo gdy rola mi się bardzo nie podobała. Chciałabym powiedzieć, że po spotkaniu z panią mam do przeczytania trzy scenariusze, ale nie mam. Czytam książkę.

[b]To pewnie chodzi pani na castingi, żeby dostać rolę?[/b]

Ostatnio nie. Bo wypalają mnie emocjonalnie. Oznaczają ciągłe udowadnianie sobie i komuś, co się potrafi. Mnie na castingach zwykle nie wychodzi. Filmowcy dają do zagrania najważniejszą sekwencję. Wymagają, byśmy w jednej scenie dali z siebie wszystko, tu i teraz. To okropny stres, ja mam zaraz jakieś tiki, mówię ciszej niż zwykle. Lepiej mi szło, gdy grałam w obcym języku, bo mogłam się za nim schować. Może to pomogło, kiedy ubiegałam się o rolę w filmie o Janie Pawle II. Ale najgorsze przychodzi po nieudanym castingu – radzenie sobie z tym, że się nie spełniło oczekiwań, przede wszystkim własnych. Może dlatego wielu wspaniałych aktorów w ogóle na nie nie chodzi.

[b]Czy castingi to dowód, że aktorstwo stało się zawodem jak każdy inny podlegający prawom rynku?[/b]

Jeśli aktorzy zajmują jeszcze wyjątkową pozycję, to w małym stopniu. Spowszednieli, bo teraz każdy może być popularny. W dzieciństwie kupowałam w kiosku widokówki z Grażyną Barszczewską i Romanem Wilhelmim. Dla mnie aktor to był ktoś – człowiek wyjątkowy, niedotykalny. Ale wtedy mieliśmy jeden serial i trzy filmy w sezonie, a teraz jest tyle produkcji... Spektakl, serial, film są jak rzecz, którą trzeba sprzedać. A aktor? Przypomina mleko czy telefon komórkowy. Jeśli gra się w serialu, trzeba wystąpić w trzech dodatkowych produkcjach stacji, żeby ten serial wypromować.

[b]I co pani w związku z tym czuje?[/b]

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

Chciałabym, żeby ludzie przychodzili do kina i teatru, ale wolałabym, żeby nie czytali, z kim sypiam i co jem na śniadanie. Bo to jest moje życie intymne, do którego dostępu z własnej woli nie dam. Nic nie poradzę, jeśli ktoś wkroczy w nie bez pytania.

[b]Pierwszoplanową rolę w filmie fabularnym dostała pani w wieku 38 lat w „Lejdis”. Za późno?[/b]

A w życiu! Nie zamieniłabym się z nikim. Żałuję tylko, że nie poszłam na drugie studia. Bo im więcej umiem, tym bardziej siebie lubię. Zanim Konecki i Saramonowicz dali mi rolę w „Lejdis”, grałam ważne role w Teatrze Telewizji czy filmach telewizyjnych, których oczywiście nikt nie widział i nie pamięta. Wystąpiłam w 50 debiutach filmowych. Codziennie chodziłam do pracy i czułam, że robię coś fajnego.

[b]I nie czekała pani na sukces, na popularność?[/b]

Sukces to jest idiotyczne słowo. Przechodziłam trudne czasy, byłam sama, bez pieniędzy. Nabrałam po drodze dystansu i pokory. Nikt mi niczego nie dał. Najgorzej byłoby właśnie, gdybym wcześniej nie robiła nic i nagle odniosła ten „sukces”. Mogłoby mi odbić na przykład.

[b]Duet Konecki i Saramonowicz wprowadził na ekrany kolejną komedię – „Idealny facet dla mojej dziewczyny”. Jak pani myśli, skąd się bierze ich szczęśliwa passa?[/b]

Mówią o nas, tu i teraz. „Lejdis” to bardzo polski film, umiejscowiony w lokalnym kontekście. I chyba na to czekamy, na dobre kino, które pozwoli nam się z siebie śmiać. Jesteśmy w trudnym momencie. W polskim kinie i teatrze panuje takie zamieszanie, że nie wiadomo, czego się trzymać. Mówimy o wszystkim naraz, mieszamy wątki, mamy scenograficzny przesyt i nadmiar formy, a w efekcie nie opowiadamy o niczym. Jesteśmy pogubieni. Mamy ciągle nowe seriale, nowe knajpy, nowych ministrów.

Ciągle się zastanawiamy, kim mamy być. Nie – kim być chcemy. Uczymy się języków, wyjeżdżamy i pracujemy za granicą, jesteśmy otwarci. Super, świetnie. Ale nie towarzyszy temu osadzenie w polskości, w naszej tożsamości. Brakuje nam zakotwiczenia we własnym świecie, jakie widać np. w filmach Czechów czy Hiszpanów. Chciałabym zobaczyć polską opowieść, która nie może się wydarzyć nigdzie indziej, ale jest zrozumiała i poruszająca dla widza na drugim końcu świata.

[b]Udało się to chyba Małgorzacie Szumowskiej w „33 scenach z życia”. Tym bardziej że jej film uderza w typowo polskie rozumienie śmierci i rodziny. Postać, którą pani gra, wprowadza dowcip w zaklęte rewiry – na cmentarz, na oddział onkologii. Czuła pani, że forsuje granice nadwiślańskiej moralności?[/b]

Mnie w zawodzie nie interesuje przekraczanie tabu, nie zastanawiam się też nad polityczno-społeczną przydatnością moich ról. Nie obchodzi mnie, co pomyśli katolicka Polska. Ważna jest historia i to, by ją prawdziwie oddać. Szumowska pokazała nas bez kokieterii. Podobała mi się próba oswojenia śmierci, bo w Polsce, nawet gdy dzieci idą do pierwszej komunii, śpiewają smutne pieśni. A ze śmiechem można mówić o wszystkim, nie tylko o umieraniu.

[b]Myśli pani o tym, jakie treści niosą pani bohaterki? Bo przecież mają własne życie: ludzie mówią o nich, przeżywają, oceniają.[/b]

Nie zastanawiam się nad tym. Mam nadzieję, że nie świadczy to o arogancji, po prostu skupiam się na tworzeniu wiarygodnej postaci. A że miałam szczęście do ról biednych, uciemiężonych i samotnych kobiet, sympatie publiczności były raczej po mojej stronie.

[b]Której z pani najpopularniejszych bohaterek bliżej do polskiej rzeczywistości? Gosi z „Lejdis” – zamożnej, 36-letniej kobiecie z wielkiego miasta, która się stara zajść w ciążę? Czy Marii z „Barw szczęścia”, która ma pięcioro dzieci i właśnie rozkręca własny interes?[/b]

Chciałabym, żeby więcej było takich jak Gośka. Nie podobało mi się, że Maria była taka bezwolna: żyła z rodzicami, nie mogła polegać na mężu, nie starczało jej pieniędzy. Dlatego w scenariuszu pojawiły się nowe wątki: jej firma, próba wyrwania się z mitu matki Polki. Maria stara się realizować swoje marzenia. Wie, że ma do tego prawo, potrafi się wkurzyć, wywalić męża z domu, bo ją zdradził. Czyli pojawiają się u niej normalne odruchy, których ciągle brakuje wielu polskim kobietom. Ich poczucie wartości jest uśpione albo nie ma go wcale.

[b]W „Idealnym facecie dla mojej dziewczyny” gra pani lesbijkę, przywódczynię polskich feministek. Czyli znowu śmiejemy się z ruchu kobiet?[/b]

Moja bohaterka Klara jest głęboko ideową osobą, dla sprawy zrobi wszystko, łącznie z upchnięciem ukochanej w filmie pornograficznym. Postacie są przerysowane, ale twórcy nie zamierzali tworzyć karykatury. Proszę pamiętać, że moje aktorskie wcielenia i opinie to dwie różne rzeczy. Rola Klary nie jest moim głosem w sprawie. Promuję badania cytologiczne, biorę udział w akcjach charytatywnych na rzecz kobiet i ich zdrowia, czytam książki wspaniałych Polek, interesuje mnie, co mówi Magda Środa i Agnieszka Graff. Żyję wśród niezwykłych pań i biorę udział w akcjach, które nam służą. Feministka to w Polsce brzydkie słowo – dziwne, traktowane z przymrużeniem oka. Tymczasem mecenas Monika Gąsiorowska wygrała głośny proces w obronie Alicji Tysiąc przed Trybunałem w Strasburgu. To jest ważne.

[b]Myśli pani, że komedie Koneckiego i Saramonowicza są zapisem zmian obyczajowych, które w Polsce nastąpiły?[/b]

Raczej tego, że się dopiero dokonują. Coraz mniej boimy się słów takich jak: lesbijka, gej, aborcja, samotna matka, związki homoseksualne, in vitro, śmierć. Jesteśmy odważniejsi w obserwowaniu siebie, akceptujemy zjawiska, które 20 lat temu nie mieściły się w polskich wyobrażeniach rodziny. Ale całkiem niedawno, gdy występowałam w spektaklu „Miss HIV”, jedna z koleżanek aktorek zarzuciła mi, że gram w pedalskim klubie Le Madame. I właśnie to uważam za głęboko niebezpieczne. Ile wśród nas nietolerancji i hipokryzji.

[ramka][srodtytul]Izabela Kuna[/srodtytul]

Podczas studiów w łódzkiej Filmówce dorabiała sprzątaniem i malowaniem ścian w Norwegii. Zdobywała prestiżowe nagrody na przeglądach, ale po przyjeździe do Warszawy przeżyła rozczarowanie. Nie dostawała ról filmowych, więc zajęła się sprowadzaniem do Polski kredek, zapalniczek i golarek. Była też dziennikarką telewizyjną oraz pogodynką.

Dziś jest aktorką Teatru Polskiego, gościnnie gra m.in. w Teatrze Narodowym i Ateneum. Za kreację w spektaklu telewizyjnym „Łucja i jej dzieci” otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu Dwa Teatry w 2004 r. Popularność przyniosła jej w latach 90. rola matki chorego Maćka w „Klanie”, ale głośno zrobiło się o niej dopiero dzięki komedii „Lejdis”. Twórców filmu – Saramonowicza i Koneckiego – poznała wcześniej na planie „Ciała”, teraz na ekranach jest ich trzeci wspólny obraz „Idealny facet dla mojej dziewczyny”. Pisze scenariusze, prowadzi też żartobliwy blog, którego bohaterką jest przechodząca życiowe katastrofy Klara ([link=http://izakuna.bloog.pl" target="_blank]izakuna.bloog.pl[/link]).[/ramka]