W obydwu obserwujemy powolne zatapianie się bohaterów w zło – z konieczności, dla rodziny, a wreszcie dla przyjemności. Nasuwa to pytanie: gdzie kończy się wolny wybór, a gdzie zaczyna bezlitosna konsekwencja dawnych wyborów, niepozostawiająca żadnego marginesu swobody?

Pierwszy sezon serialu przyniósł nam obraz introwertycznego księgowego Martina Byrde'a (Jason Bateman), który żonglując pieniędzmi kartelu narkotykowego, zalicza wpadkę i aby ratować rodzinę, otwiera legalny biznes nad wyludnionym jeziorem Ozark. Wszystko po to, by w ciągu pięciu lat wprowadzić do legalnego obrotu 500 mln dolarów mafijnych pieniędzy.

Drugi sezon zrywa z ułudą, że uda się Byrde'owi z tej sytuacji wyjść, iluzją była próba zachowania czystych rąk przy współpracy z kartelem. Co ciekawe, z nadzieją na normalność szybciej zrywa żona Martina Wendy (Laura Linney), która mając doświadczenie polityczne, szybko odnajduje się w szarej strefie na styku mafii, biznesu i polityki. Ale są też inne wyrachowane postacie kobiet, które wchodzą na scenę męskiego dramatu i tzw. taktyką salami, małymi kroczkami, odbierają mężczyznom prawo do kierowania biegiem zdarzeń.

Twórcy serialu nie chcą nas przekonywać, że świat rządzony przez kobiety byłby przyjaźniejszym miejscem do życia, wręcz przeciwnie. Miejsce umów i chłodnej kalkulacji zastępują pasja i emocje, rywalizacja i ambicja. Kobiety w drugiej serii „Ozark" nie dość, że są władcze, to jeszcze ogarnięte namiętnościami. Sieją coraz większy chaos. Jeżeli „Ozark" faktycznie pójdzie w ślady „Breaking Bad", to prawdziwe emocje dopiero nas czekają.

„Ozark", sezon 2, reż. B. Dubuque, M. Williams, prod. Netflix, USA 2018

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95