Tytuł wprowadza w błąd, bo nie jest to rzecz o narkotykowym odurzeniu. Morfina ma być symbolem uczuć, od których żadna moc nie jest nas w stanie uwolnić. Twórca przedstawienia Waldemar Rażniak udowodnił to jednak w sposób mało przekonujący.

A przecież chciał opowiedzieć historię wstrząsającą i prawdziwą. Oto Jelena Szyłowska spotyka pisarza Michaiła Bułhakowa i rodzi się miłość od pierwszego wejrzenia. Wspólnie przeżywają osiem lat – pięknych, ale dramatycznych. Bułhakow cieszy się uznaniem Stalina, ale nie jest publikowany. Bezskutecznie stara się o paszport. Wreszcie dopada go nieuleczalna choroba. Jelena jest przy nim do końca, wspierając go w pracy nad „Mistrzem i Małgorzatą", kojąc cierpienia morfiną.

Stworzony na podstawie jej pamiętników monodram przekazuje to pobieżnie. Miłości uzależniającej jak morfina też jest niewiele. O uczuciach opowiadają piosenki, głównie z tekstami Agnieszki Osieckiej. Są tak urzekające, że zdominowały historię Jeleny. Powstał więc wieczór z piosenkami, przeplatanymi narracją. A Anna Czartoryska lepiej sprawdza się jako wokalistka niż aktorka.

Zwróciła na siebie uwagę dwa lata temu, śpiewając w spektaklu „To idzie młodość" w Teatrze Współczesnym. Teraz poszczególnym piosenkom potrafi nadać własne oblicze. „Kiedy księżyc jest w nowiu" (wyjątkowo Jonasza Kofty) ma musicalowy rozmach, „Dookoła noc się stała" to prosta kołysanka, a drapieżny song „Krzyczę przez sen" jest uwolniony od manierycznego patosu, który nadał tekstowi przed laty Stan Borys.

Gdy muzyka milknie, napięcie opada. Bo Anna Czartoryska – niczym pilna studentka – cały czas sumiennie wykonuje polecenia reżysera i choreografki. Obserwując ten zestaw wyuczonych gestów, ruchów i póz, nie jesteśmy w stanie przejąć się losem Jeleny Bułhakowej.

Czytaj w "Życiu Warszawy"