Dwa dni przed szczytem przywódców UE rząd wyznaczył na 23 maja termin wyborów do Parlamentu Europejskiego w Wielkiej Brytanii. Bo choć premier poleciała do Brukseli z prośbą o krótkie (do 30 czerwca) odłożenie terminu rozwodu, wydawało się przesądzone, że zwłoka będzie o wiele dłuższa.

Jednak perspektywa udziału w wyborach europejskich trzy lata po referendum w sprawie brexitu wywołuje furię wśród bardzo wielu torysów. Ich zdaniem w tym momencie Wielka Brytania powinna być już poza Unią, a nie angażować się w unijne instytucje. Dlatego już w ubiegłym tygodniu 170 spośród 313 deputowanych Partii Konserwatywnej podpisało list do May z żądaniem, aby wykluczyła udział Londynu w wyborach do europarlamentu.

Nigel Evans, szef komitetu 1922 zrzeszającego drugorzędnych, w przytłaczającej większości niechętnych integracji posłów konserwatywnych, przyznał: „Ja i wielu innych torysów wolelibyśmy wyjść z Unii bez żadnego porozumienia, niż znosić upokorzenie długiej zwłoki, która zmusza nas do wysłania posłów do europarlamentu".

W oczach Evansa to niejedyny niewybaczalny błąd May. Innym jest podjęcie kilka dni temu rozmów w sprawie brexitu z liderem Partii Pracy Jeremym Corbynem. We wtorek na spotkaniu ministrów finansów UE w Bukareszcie Philip Hammond powiedział, że w tych negocjacjach rząd „nie kieruje się żadnymi czerwonymi liniami". To może być sygnał, że premier może złamać manifest Partii Konserwatywnej z 2017 r. i głosami zarówno umiarkowanych torysów, jak i lewicy przegłosować brexit w wersji soft, utrzymując trwałą zależność Londynu od Brukseli np. w polityce handlowej, poprzez pozostanie w unii celnej czy nawet jednolitym rynku.

Komitet 1922 już rozpoczął więc starania o odsunięcie May. Ponieważ do grudnia nie jest możliwe przeprowadzenie głosowania w sprawie wotum zaufania w parlamencie, bo taką próbę May wygrała w grudniu ub.r., pozostaje rozgrywka partyjna. Zgodnie ze statutem konserwatystów deputowani powinni wyznaczyć dwóch kandydatów, spośród których szeregowi członkowie partii wskażą zwycięzcę. Wśród tych ostatnich najbardziej popularny pozostaje Boris Johnson, choć dużym poparciem cieszą się także dwaj inni eurosceptyczni torysi: Dominic Raad i Michael Gove.

W Brukseli, ale także w kierownictwie Partii Konserwatywnej, taka perspektywa wywołuje ciarki. Johnson nie tylko jest zdolny wysadzić w powietrze ewentualne ustalenia między torysami i laburzystami, ale także w ramach Wspólnoty sparaliżować negocjacje w sprawie przyszłości Unii, np. te odnoszące się do jej budżetu po 2020 r. czy podziału kluczowych stanowisk w europejskiej centrali.

W starciu wyborczym Johnson zapewne nie miałby wielu konkurentów. Zaledwie 29 proc. pytanych w najnowszym sondażu YouGov deklaruje poparcie dla May, a 20 proc. – dla Johnsona. Co prawda po trzech latach niezdarnych rokowań ws. brexitu duża część wyborców jest zawiedzionych Partią Konserwatywną: tylko 67 proc. tych, którzy głosowali na tnią w wyborach w 2017 r., powtórzyłoby swoją decyzję. Ale na tym wcale nie zyskują laburzyści. Przeciwnie, tylko nieco ponad 50 proc. elektoratu tej partii z 2017 r. wciąż jest jej wierna. Corbyn, który od miesięcy nie może się zdecydować, czy poprzeć ponowne referendum w sprawie brexitu, wzbudza coraz mniej entuzjazmu w swoich szeregach. O ile w ostatnich wyborach dwa główne ugrupowania przejęły 80 proc. elektoratu, o tyle teraz jest to zaledwie 63 proc. Ci, co odchodzą, wolą stawiać na mniejsze, często radykalne ugrupowania, jak Partia Niepodległościowa Zjednoczonego Królestwa (UKIP) czy Zieloni. Johnson mógłby ten odpływ powstrzymać.