Brytyjska polityka stanęła na głowie. Według ostatniego sondażu na konserwatystów zamierza głosować 33 proc. Brytyjczyków, na centrolewicowych Liberalnych Demokratów Nicka Clegga 30 proc., a na rządzących obecnie laburzystów 28 proc. Nieoczekiwana szarża partii Clegga najbardziej zszokowała konserwatystów, którzy jeszcze niedawno byli pewni zwycięstwa i powrotu do władzy po 13 latach zasiadania w ławach opozycji.
– Jedyna partia, która jest za prawdziwą zmianą starego porządku ekonomicznego i politycznego, to Liberalni Demokraci – podkreśla 43-letni Nick Clegg, i wielu wyborców mu wierzy. Lider Liberalnych Demokratów naśladuje Baracka Obamę, szermując jego hasłem „czas na zmianę”. Okazało się, że wielu wyborców połknęło haczyk.
– Tak naprawdę to żaden z niego Obama. Clegg nie ma za grosz charyzmy i retorycznego talentu prezydenta USA – mówi „Rz” Iain Dale, brytyjski komentator polityczny. – Tym większą zagadką jest fenomen jego nagłej popularności. Ktoś powiedział, że to społeczna histeria, jak po śmierci księżnej Diany – dodaje.
Konserwatyści dwoją się i troją, by przekonać opinię publiczną, iż tylko oni są w stanie zapewnić pożądaną przez wszystkich zmianę. – Głosowanie na Partię Pracy i Liberalnych Demokratów może spowodować, że pozostaniemy z Gordonem Brownem jako premierem – alarmował wczoraj w BBC jeden z liderów konserwatystów Liam Fox. Szef torysów David Cameron ostrzega, że jeśli partia Clegga zgarnie tyle głosów, ile pokazują dziś sondaże, to nieuniknione okaże się zawarcie koalicji w parlamencie. Najbardziej prawdopodobna będzie zaś koalicja Partii Pracy z Liberalnymi Demokratami – partiami walczącymi dziś zażarcie pomiędzy sobą o wyborców, ale w rzeczywistości bliskimi sobie ideowo. A ponieważ dzięki systemowi wyborczemu laburzyści będą mieli więcej posłów, szefem rządu nieuchronnie zostanie niezbyt popularny w społeczeństwie Gordon Brown.
W poniedziałek torysi wycofali z telewizji reklamówkę wyborczą atakującą Partię Pracy, zastępując ją inną – skierowaną przeciw partii Clegga i nawołującą wyborców, by zadbali o decydujące rozstrzygnięcie w głosowaniu 6 maja. Liberalni Demokraci nie zasypiają tymczasem gruszek w popiele. Wczoraj ruszyli do ataku na nie- popularnych na Wyspach bankierów, oskarżanych o zdzierstwo, oszustwa i wywołanie światowego kryzysu ekonomicznego. Clegg oskarżył laburzystowski rząd o korzystanie z doradztwa amerykańskiego banku inwestycyjnego Goldman Sachs, przeciwko któremu wcześniej złożono w sądzie oskarżenie o oszustwa. Jego koledzy przypominali tymczasem o swojej obietnicy obłożenia dochodów banków 10-procentowym podatkiem.