[b]Rz: Co pan myśli o środowych zamieszkach w Chimkach? O siłowych metodach walki o sprawiedliwość?[/b]
Dmitrij Orieszkin: Osobiście takich metod nie popieram, ale to, że po nie sięgnięto, jest zupełnie logiczne. To konsekwencja naszego ustroju, w którym nie ma realnej opozycji i nie ma mechanizmu, który pozwoliłby władzy odpowiadać na postulaty społeczeństwa. Nasza władza, a konkretnie Władimir Putin, przez lata budowała ten system. Mamy cztery partie w parlamencie, w tym dwie partie tak zwanej opozycji systemowej, która działa według niepisanej zasady: rację ma zawsze naczelnik. Wszystko poza tym i jeszcze kilkoma pozaparlamentarnymi partiami grającymi w tę samą grę jest opozycją niesystemową, czyli taką, która nie ma absolutnie żadnych możliwości działania w ramach prawa, w ramach systemu. Na przykład komuniści nie wstawią się za ekologami z Chimek, bo wiedzą, że jeśli to zrobią, to nie wejdą do parlamentu w następnych wyborach. Bo podpadną komuś, kto na budowie tej drogi zarobi.
Wszelkiego rodzaju problemy, inicjatywy czy protesty społeczne nie mają kanałów dotarcia do władzy. Dlatego rozumiem, choć powtarzam: nie popieram ekologów, którzy przykuwają się łańcuchami do drzew czy kładą pod buldożery. Rozumiem także anarchistów, którzy rzucają w budynek administracji butelkami z paliwem.
[b]Czy władza świadomie prowokuje opozycję, chcąc doprowadzić do jej zradykalizowania? [/b]
Nasza władza nie jest aż tak inteligentna. Radykalizacja jest efektem systemu, tego, o czym mówiłem wcześniej. A system powstał po to, żeby zapewnić obecnemu kierownictwu utrzymanie władzy. Ale efektem ubocznym jest narastanie potencjału protestu. Owszem, nasze społeczeństwo jest ospałe i pokorne. Ale coraz bardziej zaczyna odczuwać to, że ta władza jest nie dla ludzi.