Rz: Republikanie mają większość w Izbie Reprezentantów i będą mieli więcej miejsc w Senacie. W jaki sposób wpłynie to na amerykańską politykę zagraniczną?
Guy Sorman:
Polityka zagraniczna w ogóle nie była tematem tej kampanii wyborczej. Nie mówili o niej ani demokraci, ani republikanie. Można jednak się spodziewać pewnych zmian. Po pierwsze w relacjach handlowych z Chinami. Na szczycie G20 w przyszłym tygodniu w Seulu Barack Obama zajmie antychińską pozycję, by zadowolić republikanów, którzy obarczają Pekin winą za obecne problemy gospodarcze Stanów Zjednoczonych, zresztą niesłusznie. Dojdzie do osłabienia dolara. W ten sposób Biały Dom chce ożywić amerykański handel. Nie jest to mądre i nie przyniesie, moim zdaniem, żadnych skutków.
Według amerykańskich mediów kwestią sporną między Białym Domem a Senatem może się stać planowane na lipiec 2011 roku wycofanie wojsk z Afganistanu.
Owszem. Misja w Afganistanie leży w gestii Senatu. Demokraci wprawdzie wciąż mają w nim większość mandatów, jednak ci, których można by nazwać pacyfistami i którzy najgłośniej domagali się zakończenia operacji w Afganistanie, po tych wyborach z niego znikną. Nancy Pelosi, która głosowała przeciwko interwencji wojskowej w Iraku, przestanie być przewodniczącą Izby Reprezentantów. Jest więc więcej niż prawdopodobne, że wycofanie amerykańskich wojsk z Afganistanu się opóźni. Tym bardziej że dowódca amerykańskich sił w tym kraju generał David Petraeus jest blisko związany z Partią Republikańską i on również sprzeciwia się zakończeniu misji.