Port lotniczy Los Angeles (LAX) to jedno z najbardziej ruchliwych lotnisk na świecie.
W poniedziałek wieczorem w terminalu międzynarodowym Toma Bradleya miała miejsce kolejna eksplozja spowodowana wybuchem butelki z tzw. suchym lodem. Władze lotniska podały, że nikt nie został ranny, a terminal nie został zamknięty. Nie nastąpiła też ewakuacja pasażerów. Dokładne miejsce wybuchu oraz skala zniszczeń nie zostały ujawnione.
Dotychczas nikt nie został zatrzymany.
Bezpieczeństwo pod znakiem zapytania
Chociaż szkody wyrządzone przez wybuch nie są duże, sprawę bada FBI. Taki sam wybuch miał bowiem miejsce w innym terminalu dzień wcześniej, a w nocy z poniedziałku na wtorek saperzy przeszukujący lotnisko znaleźli na jego terenie kolejne "bomby" z tzw. suchego lodu.
Chociaż "bomby" tego rodzaju nie są bardzo groźne i są łatwe do wykonania, to jak komentuje dziennikarz NBC News Andrew Blankstein obecność służb na lotnisku oraz nie odnalezienie osób odpowiedzialnych za te wydarzenia stawia pod znakiem zapytania bezpieczeństwo na terenie obiektu.
Jak informuje NBC News część "bomb" została odnaleziona poza budynkiem lotniska, a nieoficjalnie mówi się o jednym "ładunku" znajdującym się pod samolotem. Wiadomo też, że jedna z maszyn został ewakuowany, ale poza tym eksplozje nie wpłynęły na grafik lotów na LAX.
Jak tłumaczył detektyw Gus Villanueva wybuchy nie są raczej związane z działaniami terrorystycznymi, a kierownictwo lotniska nie otrzymało żadnych gróźb.
Pierwszy wybuch miał miejsce w niedzielę. Butelka z suchym lodem została zostawiona w toalecie personelu, a jej wybuch wywołał panikę oraz spowodował kilkugodzinne opóźnienie lotów.
Do podobnego zdarzenia doszło w maju w Disneylandzie w Kalifornii. W wyniku wybuchu butelki z tzw. suchym lodem ewakuowano wtedy część turystów. W związku z tamtą sprawą policja zatrzymała jednego z pracowników parku.