Spotkanie Lubomira Zaoralka, ministra spraw zagranicznych Czech z Siri Ellen Sletner, panią ambasador Królestwa Norwegii w Pradze nie należało do przyjemnych. Jego głównym tematem był protest władz czeskich wobec postępowania Norwegów wobec Evy Michalakovej, mieszkającej w Norwegii Czeszki, której w 2011 r. odebrano dwóch synów.
Sprawa od dawna bulwersuje czeską opinie publiczną. Tak bardzo, że resort dyplomacji wystąpił już z dwoma notami do rządu w Oslo. Ostatnia z nich - nota werbalna - utrzymana była w wyjątkowo ostrym tonie, a czeska dyplomacja zarzuca Norwegom nie tylko bezpodstawne łamanie praw matki ale także ignorowanie wszelkich interwencji, szukanie wybiegów opóźniających bieg sprawy i celowe unikanie kontaktów.
O wadze jaką Czesi przywiązują do sprawy braci Michalaków świadczy też fakt, że z ambasador Sletner rozmawiał premier Bohuslav Sobotka, a przewodniczący parlamentu Jan Hamaček osobiście interweniował u swojego norweskiego kolegi Olemica Thommessena. Na razie wszystkie interwencje kończą się obietnicami „zajęcia się tematem", jednak w rzeczywistości norweski urząd ochrony dzieci i młodzieży Barnevern wręcz zaostrza swoje stanowisko.
Eva Michalakova mieszka w Norwegii od 2003 r. Wyszła tam za mąż za Czecha, z którym ma dwóch synów Denisa i Davida. Chłopcy chodzili do przedszkola, którego personel oskarżył rodziców o złe traktowanie dzieci, a nawet wystąpił z podejrzeniem wykorzystywania seksualnego. Na podstawie doniesienia Barnevern zadecydował o odebraniu dzieci matce i umieszczenie ich w rodzinach zastępczych. Co gorsza chłopcy zostali rozdzieleni.
Problem w tym, że policja, która prowadziła postępowanie w tej sprawie nie potwierdziła zarzutów i w lutym 2013 r. zrezygnowała z wniesienia oskarżenia wobec rodziców. Mimo twierdzeń Evy Michalkovej, że oskarżenia przedszkolanek wynikają z nadinterpretacji faktów i z ich niechęci do niej sąd pozbawił matkę praw rodzicielskich i ograniczył jej prawo widywania dzieci do 15 minut dwa razy w roku.