Zaledwie kilkugodzinnej wizycie niemieckiej pani kanclerz w Budapeszcie towarzyszyło bardzo duże zainteresowanie spowodowane trudnymi relacjami Budapesztu i Brukseli – a pośrednio także Berlina. Niemieccy chadecy wiele razy zabierali głos, krytykując styl rządów Fideszu, jednak nie byli skłonni przyłączać się do lewicowej nagonki i swoje zastrzeżenia starali się wyrażać dość oględnie.
Viktor Orbán jeszcze przed przyjazdem Merkel mówił, że „na Węgry przybywa dama, więc nie upieramy się przy niczym", co wobec wielu rozbieżności między politykami odebrano jako postawę ugodową. Witając panią kanclerz, pocałował ją w rękę, co nie jest jedynie zwyczajowym gestem jak w Polsce, ale raczej „rycerskim" wyrazem szacunku. Rangę wizyty podkreśliło też nadanie Angeli Merkel honorowego doktoratu uniwersytetu w Szegedzie. Uroczystość odbyła się na niemieckojęzycznym Uniwersytecie im. Andrássyego w Budapeszcie.
Wyjście z kwarantanny
– Wizyta nie przyniosła wielkiego przełomu, ale bardzo dobrze, że do niej doszło, bo od poprzedniej minęło już sześć lat, a to zbyt długi czas w relacjach Węgier z ich najważniejszym partnerem politycznym i gospodarczym – mówi „Rz" prof. László J. Kiss, znawca stosunków niemiecko-węgierskich z Uniwersytetu Corvinusa w Budapeszcie.
Obserwatorzy zwracają uwagę, że Niemcy bardzo długo odwlekali podróż pani kanclerz do Budapesztu, jednak zebrało się wystarczająco wiele powodów, by do niej wreszcie doprowadzić. Wyjątkowo starannie przygotowywała się do niej także dyplomacja węgierska walcząca z osamotnieniem Budapesztu na arenie europejskiej.
– Orbán chce wyjść z izolacji, dlatego od pewnego czasu nadaje szczególną rangę swoim spotkaniom z ważnymi europejskimi politykami, np. z Junckerem albo z Tuskiem – mówi „Rz" Péter Krekkó, politolog z budapeszteńskiego think tanku Political Capital. – Z kolei Merkel zależy na utrzymaniu Węgier w głównym nurcie unijnej polityki, zwłaszcza w kwestii relacji z Rosją. Dlatego Niemcy chciały dać węgierskiemu premierowi szansę na wyjście z „politycznej kwarantanny".